Pałki łamią ponoć jak Jenna Jameson filmowe scenariusze. Ja świadkiem takiego wydarzenia nie byłem, choć na stadionie spędziłem ponad 90 minut, w ciągu których minęła tylko nieco ponad połowa „widowiska”. Widowiska w cudzysłowie, bo choć baseball nie jest dyscypliną bardzo zaawansowaną zasadowo, to oglądanie go na żywo – przynajmniej we Wrocławiu – jest jak randka z mającą w głowie tic-taca dwudziestolatką – męczące.
Na stadionie przy Niskich Łąkach – tym samym, na którym swe mecze rozgrywają zawodnicy Kosynierów Wrocław rywalizujących w lidze lacrosse’a – może ze 30 osób. Mam nadzieję, że niska frekwencja była spowodowana ostrymi opadami deszczu, a nie wyciągnięciem przez kibiców wniosków z ostatnich spotkań KSB Wrocław, którzy starcie z Silesią Rybnik tym razem odpuścili z premedytacją…
Nie było ani hot-dogów, ani cheerleaderek jak na pojedynkach futbolu amerykańskiego. Był za to spiker obowiązkowo nakreślający nam pobieżnie zasady gry oraz komentujący boiskowe wydarzenia, no i była w końcu także i tablica z wynikami. Co prawda, aby z trybuny głównej ją ujrzeć wzrok trzeba by mieć sokoli, albo lornetkę w kieszeni nosić, ale świadczy to o tym, że organizatorzy meczu swymi pomysłami i konkurencyjne teamy futbolowy oraz lacrossowy o kilka długości wyprzedzili.
Nie zmienia to jednak faktu, że baseball we Wrocławiu (czy może także w całej Polsce?) w porównaniu do pozostałych niszowych dyscyplin, które w ostatnim czasie oglądałem, kuleje, choć KSB Wrocław istnieje mniej więcej od 2004 roku, a pierwszy mistrz Polski w tej dyscyplinie został wyłoniony… już w 1984 roku! Historia zatem spora, choć w kwestii marketingowej niewiele się od tamtej pory zmieniło. A może tak, z tą różnicą, że nie przekłada się to ani na zainteresowanie mediów, ani kibiców. Albo jestem w błędzie i trafiłem dziś na starcie z cyklu „pożal się Boże”…
Gra sama w sobie jest dosyć prosta. Oczywiście wszystkich zasad w małym palcu po obejrzeniu jednego spotkania mieć nie możemy, lecz nie przeszkadza to w komfortowym odbieraniu tego, co dzieje się na murawie. Choć przyznać muszę, że porażająca cisza, jak podczas finału Rollanda Garrosa, spowodowała, że czułem się jak na kazaniu księdza Natanka – ze strachu przed ujadającym telefonem, przełączyłem go na wibracje. I tak, oczywiście na nim usiadłem, a jak…
Wraz ze swym kompanem-szydercą, co to nad swą kondycją mocno ostatnio pracuje, dość jednogłośnie doszliśmy do wniosku, że zawodnicy obu zespołów nie trenują przesadnie dużo. A przynajmniej nie widać u nich efektów tytanicznej pracy nad wytrzymałością bądź też szybkością – niektórzy z nich kolejne bazy pokonywali w tempie zapału do pracy prostytutek albo kasjerek z Biedronki. Włoski strajk to przy nich finisz biegu na 200 metrów…
Wiem, że w Stanach Zjednoczonych baseball jest popularny jak Berlusconi we Włoszech. Wiem, że chodzą na niego rodziny z dziećmi, które nierzadko spędzają tam (ze względu na utrudniony szacunek ram czasowych, w jakich zamykałoby się jedno spotkanie…) kilka godzin świetnie się przy tym bawiąc. Wiem również, że baseball jest w naszym kraju reklamowany jako psychologiczny pojedynek miotacza z pałkarzem, z którego tylko jeden z nich – niczym w kultowych westernach – może wyjść zwycięsko. Niektórzy odnajdują w tym magię, inni nudę.
Warto na jeden chociażby mecz baseballa pójść z dwóch powodów. Po pierwsze, aby wyrobić sobie na jego temat własne zdanie, po drugie dlatego, że… jest za darmo.
Podobne Rzeczy:
- Dziecko, które wstało z kolan
Wchodzę na koronę stadionu. Trybuna w tumanach dymu z BBQ, kibice w koszulkach o przynajmniej dwa rozmiary za dużych, w... - Lacrosse – nadszedł czas na świeżość
W Stanach oraz Kanadzie grają w niego głównie młodzi hokeiści, którzy w przerwie między sezonami tęsknią za legalnym mordobiciem i... - Nieufne Związki polskie
Amerykanie na rozgrywki Ligi Światowej do Polski zjechali z rodzinami i dziećmi. Polacy na trzytygodniową eskapadę po obu Amerykach wybrać...





