Kiedyś podczas ich spotkań kibice albo przez 2,5 godziny siedzieli o suchym pysku albo nosili ze sobą cewnik – kilkuminutowa wizyta w toalecie mogła ich przecież kosztować kilkadziesiąt punktów. Teraz wszyscy jedzą i piją zastanawiając się jedynie czy po meczu dostaną darmowe tacos i to nie wtedy, gdy ich drużyna rzuci 100 lub więcej punktów, lecz (o zgrozo!), gdy nie pozwoli na taką zdobycz przeciwnikowi…
Ponaddźwiękowa prędkość była przez lata ich znakiem zastrzeżonym, który inni starali się jedynie kopiować – z różnym skutkiem. Przez ostatnią dekadę wiadomo było o NBA kilka rzeczy – jeśli kręciła cię muzyka country i byłeś fanem kilkusekundowych emocji związanych z ujeżdżaniem byków, to szedłeś na mecz statycznych i taktycznie wyrachowanych San Antonio Spurs – w trakcie całego meczu miałeś właśnie tyle przyjemności co byk, na którym siedzi śmierdzący facet w śmiesznym kapeluszu, albo tyle co starający się ujść z życiem facet, siedzący na rozjuszonej, rogatej bestii, której jądra chwilę wcześniej zostały porażone prądem i dlatego się tak wścieka… Jeśli natomiast szukałeś prawdziwych sportowych emocji, chciałeś obejrzeć ofensywny basket bez zahamowań pełen długich serii punktowych, chwilami przypominający koszykarski pojedynek Mike’a Tysona po kokainie, szedłeś na spotkanie z udziałem Phoenix Suns. Do czasu, aż klub postanowił zmienić swą tożsamość.
W poprzednim roku zespół Alvina Gentry’ego doszedł aż do finału konferencji zachodniej, po drodze pokonując między innymi bardzo niewygodnych Spurs 4-0. Kto wie czy nie oglądalibyśmy nawet Słońc z Arizony w wielkim finale, gdyby w spotkaniu numer 5 w Los Angeles Ron Artest nie zebrał w ostatnich sekundach piłki na ofensywnej tablicy i nie dobił rzuty Kobe’ego Bryanta. W finale zameldowali się późniejsi mistrzowie z Miasta Aniołów, lecz Phoenix pozostawili po sobie wrażenie dla siebie typowe – piękną, miłą dla oka, ofensywna koszykówkę, której nie gra w NBA już praktycznie nikt (oprócz niefrasobliwych Knicks, którzy rzucają w szóstej sekundzie KAŻDEJ akcji – przerost formy nad treścią).
Zdawać by się mogło, że do decyzji o operacji plastycznej twarzy zespołu, kierownictwo Suns zmusiło odejście Amare Stoudemire’a. Nagle z klubu odszedł koszykarz wizytówka, jedna z dwóch największych gwiazd całej organizacji, a wraz z nim ponad 20 punktów, 9 zbiórek i 5 emfatycznych wsadów co mecz. Wydawało się, że Słońcom nie uda się pozyskać koszykarza równie utalentowanego, przez co Steve Nash nie będzie notował tylu asyst, a ekipa z Phoenix nie będzie tak skuteczna.
Teza potwierdziła się tylko w niewielkim stopniu. Po dwudziestu kilku meczach tegorocznych rozgrywek Nash ciągle był w czołówce najlepiej podających NBA, dzięki transferom Hedo Turkoglu czy Josha Childressa, lecz przede wszystkim pozostaniu w zespole Jasona Richardsona Suns ciągle byli czołową ekipą konferencji zachodniej, ciągle prezentowali akademickie up-tempo. Do czasu, aż Alvin Gentry oraz generalny menadżer zespołu nie doszli do wniosku, że zostaną masochistami i zobaczą, jak to jest strzelić sobie w stopę. Zgodzili się więc na bezsensowną, jednostronną i wydawać by się mogło tragi-komediową propozycję zdesperowanych Orlando Magic oddając im wszechstronnego Turkoglu oraz wyśmienitego Richardsona w zamian pozyskując kulawego Vince’a Cartera, bełkoczącego człowieka katapultę Mickaela Pietrusa oraz wiecznie narzekającego Marcina Gortata. Cel Suns był jeden – wzmocnienie obrony.
Pozwolę sobie przemilczeć samo zrodzenie się w głowie Gentry’ego pomysłu nagłego i całkowitego zerwania z dotychczasową, dobrze funkcjonującą tradycją. No bo jak tu nazwać człowieka, który z jednej z wizytówek NBA, nagle – poprzez trzy nic nieznaczące transfery – stworzył klub jakich w lidze kilkadziesiąt?
Nie tak skuteczni w osiąganiu zwycięstw, choć ciągle bardzo ofensywni Suns na początku tego sezonu byli drużyną, która biła się o awans do playoffów balansując na granicy 50% zwycięstw. Nieprzerwanie byli także na pierwszym miejscu pod względem zdobywanych punktów – ponad 106 w każdym pojedynku. Od czasu, gdy klub zmienił swe oblicze, w większym stopniu stawiając na obronę (która w ogóle im nie wychodzi) wygrał jednak ledwie 4 z 11 meczów, spadł poza czołową ósemkę konferencji zachodniej, zaliczył serię siedmiu przegranych w ośmiu meczach. A defensywa? Paradoksalnie, po wzmocnieniu składu defensorami a także zmianie mentalności graczy na obronną, Suns dali Sixers rzucić 123 punkty, Clippers 108, Knicks 121, Nuggets 132, Trail Blazers 111…
Lecz to nie koniec problemów, który same spowodowali. Przez pozbycie się z drużyny potrafiących rzucać 20 punktów na zawołanie Richardsona i Turkoglu Suns przestali być tak skutecznie w ataku. Po transferze ich średnia zdobywanych punktów spadła ze wspomnianych 106 na 100 – a taki wskaźnik ma już prawie połowa ligi…
Z pięknego, białego łabędzia Suns po transferze z udziałem Marcina Gortata z powrotem zamienili się w brzydkie, szare kaczątko, które ciągle tylko płacze, chce jeść i robi pod siebie. O finale konferencji czy to w tym roku, czy w następnym można zatem zapomnieć. Do końca tegorocznego sezonu hala Suns będzie jeszcze wypełniona po brzegi ze względu na całoroczne karnety, jakie kibice kupili przed sezonem. W przyszłym jednak roku spodziewać się należy albo zdecydowanie niższych cen albo większej liczny pustych miejsc, co oczywiście negatywnie wpłynie na przychody całej organizacji. To się nazywa klubowa polityka – tęgie głowy, nie ma co.
Podobne Rzeczy:
- Gortata walka z baranami
Zamiast bronić krzyża, stawiać pomniki oraz tablice upamiętniające wydarzenia pod Smoleńskiem Polacy powinni spróbować przeforsować w sejmie pomysł o zakupie... - Pudle w końcu mogą się ogolić
Łysiejący już książę William zajechał właśnie do katedry westminsterskiej, gdzie z pewnością niecierpliwie (na pewno…) oczekuje na wybrankę swego serca.... - Narodowa masturbacja
Nie chciałem pisać o meczu Marcina Gortata z Los Angeles Lakers. Nie chciałem, bo wiedziałem, że ludzie po przejrzeniu nagłówków... - Gortat rozpoczął kampanię
Nie, nie na prezydenta RP, choć pewnie znaleźliby się oszołomy, którzy zechcieliby na niego zagłosować na poważnie (chociażby z elektoratu...
Otagowane jako: Amare Stoudemire, Hedo Turkoglu, Jason Richardson, klub, koszykówka, Marcin Gortat, mecz, NBA, Phoenix Suns, spotkanie, Steve Nash, transfery



