Nie trzeba być uważnym obserwatorem NHL, by wiedzieć kim jest Alex Ovechkin (wym. Owjeczkin). Każdy, kto o dzisiejszym hokeju wie cokolwiek, musi znać to nazwisko, bo obok Sidneya Crosby, Yevgenija Malkina czy Jonathana Toewsa, Ovechkin jest w awangardzie nowego pokolenia hokejowego panteonu.Ovechkin trafił do NHL z Dynama Moskwa. Zanim jednak do tego doszło, portale hokejowe na całym świecie zapowiadały nadejście moskiewskiego tornada. Wielu analityków z wypiekami na twarzy opowiadało o wyczynach Alexa na rosyjskich lodowiskach, niektórzy wsiadali do samolotu, by na własne oczy zobaczyć ten wschodzący talent. Szeroka widownia mogła go podziwiać najpierw na juniorskich, a potem już na dorosłych Mistrzostwach Świata.
Do draftu Ovechkin trafił z numerem pierwszym, wybrany przez Washington Capitals. Dobrze pamiętam ten draft, bo na 21 pozycji wylądował wtedy Wojtek Wolski, polsko-kanadyjski hokeista z Zabrza, wybrany przez Colorado Avalanche. Zresztą w tym samym drafcie do najdroższej ligi świata trafili Malkin, Wheeler, Barker czy Olesz. Dobry to był rocznik.
Niestety nie dane było Alexowi objąć panowania nad północnoamerykańskim lodem. Liga przeżywała niemal dwuletni lock-out (blokada rozgrywek przez właścicieli klubów, odwrotność strajku zawodników) i wszystkie gwiazdy NHL szukały zatrudnienia w Europie. Ovechkin pozostał w Dynamo.
W końcu jednak szczerbate szczęście uśmiechnęło się do młodego hokeisty. Ovechkin zadebiutował w Capitals, a stany od razu zakochały się w jego otwartości, bezpośrednim podejściu do dziennikarzy i fanów oraz szerokim uśmiechu z gigantyczną szczerbą między jedynkami a la Tomasz Karolak. Drobne zabawne incydenty jeszcze dodawały uroku żółtodziobowi o urodzie rosyjskiego chłopa oderwanego od pługa.
Przykładem takiej pozytywnej wpadki może być choćby historia z All-Star Game 2009. Podczas przerwy realizatorzy hali wyświetlali na ekranach co ładniejsze przedstawicielki kibiców. Alex zagapił się na ekran i zrobił niedwuznaczną minę, wyraźnie zadowolony z tego, co widzi. Niejeden amerykański hokeista musiałby się tłumaczyć z seksizmu po takim incydencie. Tymczasem Ovechkin jeszcze przez kilka tygodni opowiadał na konferencjach prasowych o wybitnych przymiotach amerykańskich fanek hokeja, ku uciesze komentatorów. Prasa po prostu go kocha.
Jednak szczery uśmiech to nie wszystko. Alexander Ovechkin to jeden z najszybszych i najtwardszych zawodników, jakich widziałem na oczy. Do tego prezentuje niesamowitą finezję w grze, rzecz absolutnie unikatową. To osobowość na boisku i poza nim, bez wątpienia jeden z największych hokeistów naszych czasów i godny następca takich sław jak Sakić, Jagr, Lemieux. Nic więc dziwnego, że kapitan ekipy z Waszyngtonu ma trzynastoletni kontrakt ze swoją pierwszą (i być może ostatnią) drużyną.
Ovechkinowi brakuje jednak na palcu mistrzowskiego pierścienia i zdjęcia z uniesionym nad głową Pucharem Stanleya. W tym roku jego Capitals wydawali się murowanymi kandydatami do tego trofeum. Po podbiciu swojej konferencji Stolicznicy z Waszyngtonu startowali z uprzywilejowanej pozycji.
W pierwszej rundzie trafili na New york Rangers, ósmą drużynę na wschodzie. Pomimo przepysznej walki i rewelacyjnych popisów bramkarzy (zwłaszcza w meczu nr 1), wynik tego pojedynku mógł być tylko jeden. NYR wygrało tylko jeden mecz w serii i poległo 4-1. Marsz hokeistów ze stolicy USA trwał nadal, ale na ich drodze, niczym błyskawica (ang. lightning) stanął Vinnie Lecavalier i jego ekipa z Tampy. Ciężko w to uwierzyć, ale Capitals nie potrafili nawet wyszarpnąć jednego, honorowego meczu i to Tampa Bay Lightning zagra w finale Konferencji Wschodniej przeciw Boston Bruins.
Ovechkin był wyraźnie niezadowolony i chyba brakowało mu sukcesu, bo dał się namówić Vladislavovi Trietakovi (nomen omen najlepszemu bramkarzowi w historii światowego hokeja) na występ w barwach Sbornej. Mistrzostwa Świata co prawda trwają w najlepsze, ale stało się już tradycją, że gwiazdy wypadające z play-off dołączają do swoich drużyn narodowych w trakcie turnieju. Swoją drogą to trochę głupie, że MŚ i finalna walka o Puchar Stanleya kolidują w kalendarzu. Tak jest od lat i jakoś nikt nie wpadł na pomysł pogodzenia tych dwóch imprez.
Władze Capitals nie mają nic przeciwko posezonowej eksploatacji swojej gwiazdy. Stanowisko prezesów było jasne: „Zawsze pozwolimy zawodnikowi zagrać dla swojego kraju, jeśli tylko chce.”. Zabawne, że Ovechkin wyjeżdżając na Słowację powiedział: „Rozmawiałem z prezydentem Rosyjskiej Federacji Hokejowej, Trietakiem i powiedziałem tak. Nie chcę tam jechać, ale pojadę.”. Ovechkin miał zapewne na myśli, że wolałby nadal grać w play-off NHL, ale jakże zabawnie to brzmi w kontekście stanowiska władz Washington Capitals. Ten hokeista ma po prostu talent do tego typu „wpadek”.
Podobne Rzeczy:
- Playoff na ostrzu łyżwy
W każdych ligowych rozgrywkach nadchodzi moment, gdy dochodzi do ostatecznych, acz kluczowych rozwiązań. To właśnie na ten moment kibice czekają... - Nudna Liga?
Nie jestem jednym z tych Polaków, którzy uważają, że w ich ojczyźnie jest źle, niedobrze, najgorzej… i w ogóle nic... - Bracia Pudzianowscy – Krystek „Support” i Mariusz „Kroplówa”
Zamiast reklamować na swym styranym chrabąszczu systemy ociepleń, do pleców powinien mieć podłączoną aparaturę przytrzymującą go przy życiu. Zamiast zakładać...







Wbić się na trybunę przeciwnika i sprokurować nieświadome przez nich rozciągnięcie płachty sławiącej twój własny klub – bezcenne
http://www.wykop.pl/link/200674/stal-gorzow-robi-oprawe-na-czesc-falubazu/