Nie prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz a człowiek sklasyfikowany na 69. miejscu rankingu najbogatszych Polaków tygodnika Wprost sprawił, że już w października na koszykarską mapę kraju wraca najbardziej utytułowany zespół w Polsce. Z Przemysławem Koelnerem spędziłem dwie godziny, przeprowadzając szczegółowy wywiad na temat na jego wizji odbudowy Śląska, zdążyłem zatem nieco go poznać. Jakim jest człowiekiem?
Tego oczywiście nie sposób stwierdzić jednoznacznie, lecz pewne wnioski wyciągnąć się da. Z Przemysławem Koelnerem spotkałem się w nowej restauracji Macieja Zielińskiego na wrocławskim Biskupinie. Miejsce wybrałem nieprzypadkowo, gdyż „Local” przepełniony jest elementami koszykarskimi – na ścianach wiszą zdjęcia, portrety oraz karykatury największej legendy Śląska, w części pubowej rozmieszczono mistrzowskie puchary, złote medale i inne pamiątki związane z bogatą karierą „Zielonego”. Poza tym jak ognia staraliśmy się uniknąć wyjazdu do centrum miasta, gdyż jeśli wierzyć jednej z firm produkujących systemy nawigacyjne, stolica Dolnego Śląska jest trzecim najbardziej zakorkowanym miastem… Europy. Tuż za Brukselą oraz Warszawą.
Nowy właściciel Śląska spóźnił się na spotkanie nieznacznie, wcześniej o pewnych kłopotach na drodze telefonicznie mnie uprzedzając. Wyluzowany, pewny siebie, w wersji ubraniowej casual, co od razu zmniejszyło między nami dystans. Jeśli przypominacie sobie poprzedniego właściciela Śląska – grabarza Waldemara Siemińskiego – ten zawsze miał na sobie garnitur i wypastowane trumniaki – takim był luzakiem. A przy Koelnerze prowadzi tak naprawdę drobne, poprawnie prosperujące przedsiębiorstwo, nic po za tym.
Zamówiliśmy po sałatce – ja z grillowanym kurczakiem, on z serem pleśniowym – dołożyliśmy do tego pieczywo czosnkowe a także herbatę – ja afrykańską (cokolwiek by to było), on zieloną. I zaczęliśmy rozmawiać. Pan Koelner miał przy sobie swoje najnowsze dziecko – i-pada (zasugerował nawet, żebym powiedział swojemu szefowi, aby mi taki sprawił. Pff, jasne…) – o które z miejsca zapytałem. Okazało się, że na sprzęt Apple’a przerzucił się przypadkowo, tylko i wyłącznie ze względu na awarię wcześniejszego „cholerstwa” niesygnowanego logotypem jabłka. Jak powiedział, zakochał się w nim od pierwszego wejrzenia, wymieniając od razu telefon (na nowego i-phone’a) oraz komputer stacjonarny. Jak się dowiedziałem, niesłychanym plusem tego ostatniego jest to, że w pełni gotów do pracy jest już po kilkunastu sekundach od włączenia…
Przyznam się bez bicia, że kompletnie nie wiedziałem, czego się po panu Koelnerze spodziewać. Z jednej strony wiedziałem, że coś o baskecie pewnie będzie wiedział, wszak jego syn jest członkiem reprezentacji Polski do lat 18 i w gra w II-ligowym WKK Wrocław, z drugiej jednak strony przez zdecydowaną większość swego życia z basketem związany nie był. Nauczony przykładem zielonego Waldemara Siemińskiego (do dziś pamiętam jak pytał się Andreja Urlepa co to jest asysta…) myślałem więc, że niczym mnie raczej nie zaskoczy. Myliłem się. Przemysław Koelner przy okazji odpowiedzi na jakieś pytanie przytoczył fragment tekstu z najnowszego numeru miesięcznika „MVP”, wspomniał, że coś już na ten temat czytał ostatnio również w „Baskecie”. Hmm gość, który czyta czasopisma branżowe, nie może być takim laikiem jak jego poprzednik. To było pierwsze pozytywne zaskoczenie.
Drugie nastąpiło, gdy Koelner raz zacytował Pata Riley’a, potem Phila Jacksona… Opowiadał o wizycie w szkole Arvydasa Sabonisa na Litwie, o samej rozmowie z legendarnym koszykarzem. Chętnie (niepytany) zabierał głos odnośnie poziomu, jaki prezentuje nadchodzą fala młodych polskich szkoleniowców, rozbierał na czynniki pierwsze składowe sukcesu bądź też porażki różnych klubów sportowych. Jak paciorek nawet wyrecytował całą listę błędów, które jego zdaniem popełnił Siemiński, a które doprowadziły do upadku Śląska.
Słowem, z Koelnerem bardzo swobodnie dryfowaliśmy po wodach basketu. Zarówno on, jak i ja, pewnie się w tym temacie czuliśmy. Rozmowa zajęła nam prawie dwie godziny z prostego względu. Pan Koelner bardzo lubi mówić, niekoniecznie na temat. Kocha dygresje i anegdoty, lubi opowiadać, przywoływać sceny z filmów, fragmenty z książek. Na pierwszy rzut oka (bo tylko tak mogę nazwać 2-godzinne spotkanie z człowiekiem, którego nigdy wcześniej nie poznałem) nie da się go nie darzyć pewną sympatią. Wydawał się bardzo otwarty, skory do żartów. Po tym jak zadzwoniłem do niego po raz pierwszy, by umówić się na spotkanie, nie wyskoczył „a skąd ma pan mój numer” tylko chętnie na propozycję przystał. Wygląda zatem na to, że Śląsk trafił naprawdę bardzo dobrze. Będzie za niego odpowiadał prawie, że „swój chłop”.
Po naszym rozstaniu zacząłem się tylko zastanawiać, czy Przemysław Koelner, z którym rozmawiałem jako przedstawiciel mediów, to rzeczywiście prawdziwy Przemysław Koelner, czy człowiek, który jak na biznesowego rekina przystało, chwilowo przywdział odpowiednią maskę. Nos mi podpowiada, że to pierwsze, lecz tak naprawdę nigdy nic nie wiadomo.
Rachunek (plus napiwek) uregulowałem ja.
Podobne Rzeczy:
- Co dla wrocławian znaczy Śląsk
Nie mam już podstaw by pastwić się nad Polonią, nie mam zamiaru wychwalać pod niebiosa koszykarzy wrocławskich. Wszak finał mistrzostw... - Mój człowiek z Massachusetts
Szczerze? Nie pamiętam kiedy ostatni raz cieszyłem się z czyjegoś nieszczęścia tak bardzo, jak z drugiej kolejnej porażki w półfinale... - Stary człowiek nie może
Ależ to był comeback. Spektakularny prawie tak jak kolejne miłosne podboje Charlie’ego Runkle’a za wszelką cenę podążającego za trzycyfrową liczbą... - Reaktywacja koszykarskiego Śląska – trzeba wybrać!
Równocześnie zapowiada się, że powracający do ekstraklasy Śląsk będzie bił się o mistrzostwo Polski, a do tego będzie także starał...




Haha końcówka najlepsza – i wszystko jasne
a jakiego TIPA zostawił Pan redaktor??
oczywiście klasyczne 10% i ani grosza więcej!:)