Da się lubić zespoły Mourinho?

Napisane 4 maja, 2011 przez shla w Piłka Nożna

Podczas dość nietypowo dla siebie uważnego śledzenia półfinałów Ligi Mistrzów – zwłaszcza rywalizacji w parze Barcelona – Real – nie mogłem się nadziwić kibicom klubu z Madrytu. Wiem, że ze swym ukochanym zespołem, bez względu na to kto w nim gra, kto się nim opiekuje, a nawet, w której lidze występuje zawsze jest się na dobre i na złe, kibicuje trzymając kciuki bez względu na okoliczności. Nawet wtedy, gdy ukochany zespół z premedytacją zabija widowisko sportowe.

Postawę kibiców „prawdziwych”, którzy do barw wielbionego przez lata klubu przywiązani są jak obrońcy do krzyża, mam wielki szacunek. Nie sztuką jest bowiem rokrocznie zmieniać swe kibicowskie upodobania wraz ze zmieniającymi się szansami kandydatów do zwycięstwa w konkretnych rozgrywkach. Przykład pierwszy z brzegu – fanów zespołu Miami Heat, którzy zaczęli kibicować tej ekipie dopiero od czasu, gdy „swe talenty na Florydę przeniósł” tego lata LeBron James, jest z pewnością wielu. Ja nigdy jednak nie nazwę ich prawdziwymi kibicami Heat, choć ci z pewnością zatwardziale za takich będą się uważać. Bo gdzie byli chociażby trzy sezony temu, gdy zespół Pata Riley wygrał 15 z 82 meczów sezonu zasadniczego?

Sytuacja identyczna tyczy się tych, którzy jak Filip z Konopii, prawie równocześnie z chwilą ogłoszenia przez koszykarski drugoligowy Śląsk Wrocław podpisania umowy z firmą Dialog, zaczęli wznosić okrzyki na cześć „jedynego prawdziwego Śląska”, który mieli jednak w nosie jeszcze 200 tysięcy złotych wcześniej… Zaryzykuję tezę, iż taka postawa zamiast wiernym kibicowaniem, winna się nazywać kibicowaniem z doskoku, kibicowaniem poprzedzonym wnikliwą i zimną „obserwacją” sytuacji, kibicowaniem nienaturalnie wyrachowanym – na pewno nie zaś kibicowaniem „prawdziwym”.

Szanują zatem tych, którzy za piłkarski madrycki Real trzymają kciuki nieprzerwanie od lat posuchy, w których Królewscy nie mogli przejść ćwierćfinału Ligi Mistrzów, nie mogą sięgnąć po mistrzostwo ligi hiszpańskiej. Jestem dla nich pełen uznania, bo wiem ile frustracji, wyrwanych z głowy włosów czy nawet nieprzespanych nocy i zapitych imprez ich to kosztowało. Za to, gdy nadchodzi czas wielkiego odrodzenia, triumf – nawet najmniejszy, jak awans do półfinału LM – smakuje zdecydowanie lepiej. Musi. Tak jak zimne piwo po dniu ciężkiej pracy, jak gorąca kąpiel po morderczym treningu, jak sen po tygodniowym survivalu.

Zastanawiam się jednak czy kibicowanie tegorocznej ekipie Jose Mourinho zwyczajnie im się podoba… Nie należy stylu tegorocznego Realu oceniać tylko i wyłącznie przez pryzmat pierwszego spotkania półfinałowego Ligi Mistrzów przeciwko Barcelonie – wszak Real w Primera Division strzelił jedynie 8 bramek od liderów z Katalonii mniej, swym stylem nie raz, nie dwa zaskakując. To jednak przegrana w Madrycie 0:2 sprowokowała mnie do zadania sobie pytania -  czy strategie defensywne w sportach zespołowych da się lubić? Czy mogą się one komuś podobać bardziej od złowieszczego (nie zawsze równającego się nieprzemyślanemu!) ataku na przeciwnika? Przecież mówi się, że najlepszą obroną jest atak…

Style defensywne przez wielu uważane są za te bardziej wyrafinowane, wymagające od trenera lepszego przygotowania… Czy aby na pewno? Czy osobowość mają zatem tylko i wyłącznie postaci kontrowersyjne? Znam osoby, które rozsmakowują się w stylu gry madryckiego Realu z pierwszego półfinału, opierającemu się na stuprocentowej skuteczności – jedna, dwie akcje (najlepiej z kontry) w meczu, jedna, dwie bramki, które ustalają wynik. To w połączeniu ze skutecznością defensywnych pomocników i efektowną grą bramkarzy dla nich jawi się widowiskiem absolutnie idealnym. Ma to niby pokazywać spryt, nie tchórzostwo. Jest niby odbierane za próbę przechytrzenia przeciwnika, a nie (prymitywne lub też – w przypadku Barcy – przesadnie koronkowe) zakopanie go na śmierć.

De gustibus non est disputandum. Trudno mi się spierać z tym, co kto lubi – wszak to dyskusja jałowa jak próby odnalezienia przez Amerykanów Osamy bin Ladena (śmierć? Akurat…). Ja jednak stylu takiego jaki zaprezentował Real w Madrycie – czyli nie gola strzelić, a przede wszystkim go nie stracić –  nigdy nie polubię, tak jak nie polubiłem nigdy gry zeszłorocznego Interu… Nie wiem czy posunę się teraz za daleko – zdaję sobie bowiem sprawę z tego, że Jose Mourinho jest prawdopodobnie jednym z pięciu najlepszych trenerów (motywatorów?) na świecie. Czy Portugalczyk piłki nożnej jednak nie zabija?

Podobne Rzeczy:

  • Real-Barcelona – utracona magia
    Nikt nie lubi wymiotować, choć czasami przynosi nam to ulgę nieporównywalną z niczym innym – to znaczy przynosi Wam, bo...
  • Ligi Mistrzów tort słodko-kwaśny
    Piłkarski torcik tegorocznego sezonu Ligi Mistrzów swą bazę już posiada, czas zacząć ozdabiać go ulubionymi przez kibiców futbolu owocowymi przebraniami....
  • Liga piłkarskich Bogów na biskupińskim Olimpie
    Takiego spotkania Barcelona jeszcze w tym roku nie rozegrała. Ba, nie wiem nawet czy tak dominujący i jednostronny mecz zdarzył...
  • Life’a a bitch
    Kontuzja Wojciecha Szczęsnego na dobre pogrzebała jego szanse na zaistnienie w bramce Aresnalu Londyn w kolejnych miesiącach, a może i...
Share on Twitter
Share on Facebook

1 komentarz do “Da się lubić zespoły Mourinho?”

  1. Polakko pisze:

    Dla mnie Mourinho to taki życiowy cwaniak. Owszem, zapewne ma wielką wiedzę teoretyczną na temat piłki, a zwłaszcza strategii defensywnych, ale jednak zagrywki typu celowe czerwone kartki dla swoich zawodników, żeby wyczyścić ich konto na fazę pucharową LM, czy zapuszczanie trawy na stadionie Santiago Bernabeu, żeby piłkarzom Barcy piłka nie kleiła się tak do nogi przy rozgrywaniu akcji, są co najmniej niesmaczne i nie na poziomie. A na konferencjach prasowych wypowiedzi i oskarżenia Jose do całego piłkarskiego Świata o wydrukowanie wyniku, przypominają mi bardzo styl pewnego polityka opozycyjnego w Państwie w Europie Środkowej, którego nazwiska nie śmiem napisać:) Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)