Dylemat krezusa z tupetem jak taran

Napisane 8 marca, 2011 przez shla w Piłka Nożna

Wbijam się w wytarty spodzień Armaniego, pożyczony pasek Bossa, na ręku sikor Breitlinga zakupiony w Hurghadzie. Na wyrychtowanej stopie białe lacosty, koszula Ralpha Laurena, okular Louis Vuitton, perfuma Ives Saint Laurent. No i oczywiście i-phone. 3G. Od kumpla. Udaje zatem bogatego i wybieram się do salonu mercedesa z nadzieją, że kupią mój bajer i pozwolą mi przetestować jakąś brykę.

Już snuję marzenia o otwartym dachu, wietrze we włosach, rundce prędkością nieprzekraczającą 20 km/h po wrocławskim placu Solnym pod pretekstem szukania miejsca do zaparkowania. Gdy się zwalnia udaję, że się nie zmieszczę…

Trzeba stwarzać pozory i – jak pisał w swoich książkach Wojciech Cejrowski – mieć „tupet wielki jak taran”. Pomijam fakt, że leżę przy pierwszym pytaniu o zaświadczenie dochodów albo wyciągając portfel przez przypadek wypadną mi kluczyki od golfa i legitymacja… Albo jeśli wydam się postacią na tyle przejaskrawioną, że aż nierealną, co skłoni pracownika salonu do zadania mi pytania o branżę w której pracuję – przecież nie odpowiem, że uczelniana. Zawód? – Student… To by nie przeszło.

Myślałem nawet o tym, aby w nadziei dodania sobie wiarygodności z miejsca przełączyć się na język angielski, co może choć trochę zniechęciłoby upierdliwego sprzedawcę, który nie chce mi dać tych cholernych kluczyków, które trzyma w ręku od kwadransa… Lecz co, gdybym trafił na gościa, który akurat w salonie mesia znalazł się przez przypadek po dwunastoletnim usługiwaniu na dworze królowej Elżbiety i językiem z brytyjskim akcentem wywija lepiej niż Peter Andre na teledysku „Mysterious girl”?! Nie będę ryzykował…

A może zamiast stwarzać pozory próbując dopchać się do jazdy testowej najnowszym coupe E-klasy powinien polecieć do Londynu albo jakiego innego Madrytu czy Mediolanu i na ten sam bajer (lecz przy nieco innej stylizacji – bardziej wieczorowej) sprawić sobie piłkarski klub? Na miesiąc przed taką wizytą wykupiłbym karnet na solarium, zmienił nazwisko na trzyczłonowe (im trudniejsze w wymowie, tym lespze) a na szyi zawiesił złotego keta. Powinno starczyć i zadziałać. A niby czemu nie?! Ahsanowi Ali Syed’owi się udało…

Taki z niego bogacz, jak i ze mnie. Tylko włosy ma pewnie farbowane. A mimo tego został właśnie właścicielem występującego w hiszpańskiej Primera Division Racingu Santander. Chcąc zrobić jego research dowiedziano się niewiele. Nie wiadomo jakie ma wykształcenie, kiedy się urodził, ile ma na koncie. Mówi, że 8 miliardów funtów – ja bym na jego miejscu jednak nie przesadzał – 2 w zupełności do zrobienia szumu by wystarczyło, a jest przecież zdecydowanie bardziej wiarygodne… Szejk pojechał lekko po bandzie.

Co ciekawe kwota, którą się pochwalił spokojnie plasowałaby go w setce najbogatszych ludzi świata, a spośród obywateli Indii mógłby nawet liczyć na miejsce w pierwszej dziesiątce. Nikt jednak o nim nie słyszał, ze świecą szukać go w rankingu Forbesa. Tak samo jak i mnie.

Zastanawiam się więc teraz tylko co kupować pierwsze – Barcelonę czy Real?

Share on Twitter
Share on Facebook

1 komentarz do “Dylemat krezusa z tupetem jak taran”

  1. Kerim pisze:

    A jednak jakoś znalazł te 40 baniek, za które kupił klub. Shla, show me swoje 40 baniek!! ha

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)