Era High Griffinition

Napisane 20 stycznia, 2011 przez shla w Koszykówka & NBA

Nie chcielibyście go spotkać ani w ciemnej uliczce, ani na koszykarskim boisku. Niewielu było w historii NBA rookies, którzy swoją grą w debiutanckim sezonie wywrócili hierarchię ligi do góry nogami. Magic Johnson, Michael Jordan, Shaquille O’Neal, LeBron James, Tim Duncan – wszyscy albo są już w Galerii Sław NBA, albo trafią do niej po zakończeniu kariery. Ich śladami podąża właśnie najzdolniejsza bestia nowego pokolenia. Panie i panowie, oto Griffin. Blake Griffin.

Blake Griffin and Kevin Love better make an All Star or I’m not going” – od miesiąca powtarza komentator TNT Charles Barkley. I trudno się z nich nie zgodzić. To, co wyrabiają w tym roku obaj 22-latkowie przechodzi wszelkie pojęcie. O ile postawa Love’a dziwić nie może, wszak rozgrywa on właśnie swój trzeci pełny sezon NBA, ma za sobą lato spędzone z reprezentacją Stanów Zjednoczonych zwieńczone zdobyciem tytułu mistrza świata i już w poprzednim roku (gdyby dostawał więcej minut) udowadniał, że stać go na zbieranie po 15 piłek w jednym meczu, o tyle wyczyny Griffina – debiutanta! – wrażenie robić muszą.

22,5 punktów na mecz oraz 12,8 zbiórek w każdym spotkaniu – to jego średnie – obie liczby klasyfikują go w ścisłej czołówce całej ligi – w punktach jest dwunasty, w zbiórkach czwarty. Lecz nie puste, z reguły niewiele znaczące cyferki robią z Griffina istną ikonę amerykańskiego sportu. Jak LeBron James, jest po prostu wybrykiem natury rodzącym się raz na dekadę. Jest jednym z najbardziej atletycznych sportowców, którzy biegają po amerykańskim, przesyconym skoczkami, sprinterami i osiłkami gruncie. Gdyby przyjąć, że na atletyzm składają się siła, skoczność, szybkość, zwinność oraz wytrzymałość czołówka ligi przedstawia się następująco – i kolejność jest zupełnie przypadkowa: Dwight Howard, LeBron James, Nate Robinson, Andre Iguodala, Blake Griffin. Top 5 jak na pierwszoroczniaka, to całkiem nieźle, prawda?

Od dawna mówiło się, że Griffin może być w NBA sensacją. Nie mieliśmy okazji się o tym przekonać przed rokiem, gdyż już w okresie przedsezonowym doznał kontuzji eliminującej go z dalszego treningu. Jeździł młodzian jednak z drużyną na prawie wszystkie mecze, jak rasowy żółtodziób przynosił starszym pączki, prał skarpetki, nosił torby, z szatni wychodził ostatni. Teraz już żadnej z tych rzeczy robić nie musi, a więc nazywanie go stuprocentowym pierwszoroczniakiem jest raczej błędne. Będę się jednak tego trzymał (pamiętając o powyższym), bo jakby nie patrzeć, jest to jego pierwszy, debiutancki, zawodowy sezon. W dodatku imponujący.

Griffin zaliczył właśnie 27 mecz z rzędu, w którym zaliczył podwójne zdobycze w punktach i zbiórkach, co klasyfikuje go na drugim miejscu w całej NBA (tylko za sensacyjnym Love’em) za to np. przed samym Supermenem Dwightem Howardem. Do tego miał Griffin spotkania 44 i 47-o punktowe, 18 czy 17-to zbiórkowe. Lecz nie to w nim robi największe wrażenie. Nie można zapominać, gdzie nasz bohater obecnie występuje. Los Angeles Clippers przez ostatnie dekady byli klubem-pośmiewiskiem. Mieli na swym koncie najmniej awansów do playoffów, zero mistrzowskich tytułów, żadnego gracza, który należałby do legend NBA. Mówiło się nawet, że nad Clippersami ciąży klątwa, że każdy zawodnik, który tam trafi nie wybije się ponad przeciętność. Dlatego właśnie, gdy okazało się, że Clippers z „jedynką” w drafcie wybiorą właśnie jego, całym Stanom zrobiło się przykro – kolejny talent zmarnowany – mogło się zdawać.

Tymczasem rozkapryszona, przyzwyczajona do sukcesów miejscowego rywala noszącego się na złoto-purpurowo publiczność z Los Angeles, coraz chętniej zamiast oglądać filmy na Blu-ray’u woli udać się do przyozdobionej na czerwono-biało-niebiesko Staples Center i przełączyć się na High Griffinition. Wrażenia te same co w trzecim wymiarze, z tą różnicą, że nie potrzebne okulary. Ciągle jeszcze pryszczaty syn Murzyna oraz piegowatej białej kobieciny każdego wieczoru serwuje swoim kibicom grę na najwyższym – dosłownie – w tej chwili poziomie w lidze. Oczywiście ma pewnego rodzaju ograniczenia ofensywne, nad którymi z pewnością będzie w przyszłości ciężko pracował, lecz ze względu na predyspozycje czysto fizyczne umiejętnie je jak na razie  maskuje. Griffin skacze po głowach wszystkim (bez wyjątku) podkoszowym w lidze, każdego dnia oglądając albo całe mecze albo przynajmniej skróty nie dopatrzyłem się jeszcze, aby ktoś go zablokował. Kończy swe akcje gracz Clippers z trzeciego piętra, często z siłą młota pneumatycznego. Gdy spada na ziemię hala trzęsie się w posadach, a kibice krztuszą piwem, po które sięgnęli w nieodpowiednim momencie.

Specjaliści on marketingu w NBA już starają się wykorzystywać postać Griffina. Natrafili na pomysł wyeksponowania poszczególnych elementów, które czynią go, w tak młodym wieku, koszykarzem wyjątkowym. Nos do zbiórek oraz umiejętności podawania niczym u Larry’ego Birda, rządza ciągłej rywalizacji jak u Michaela Jordana, etyka pracy Koby’ego Bryanta, niespożyte pokłady energii Dennisa Rodmana, koszykarskie IQ LeBrona Jamesa, skoczność Dominique’a Wilkinsa, a także siła oraz moc Dwighta Howarda. To mieszanka wybuchowa – musicie przyznać.

Martwić może tylko jedno. Jak mówi stare koszykarskie (i siatkarskie) powiedzenie – im wyżej skaczesz, tym krócej skaczesz. Cytowany przeze mnie wcześniej Charles Barkley przyznał niedawno, że gdyby jeszcze raz zaczynał koszykarską karierę nie wyżywałby się na obręczy wtedy, kiedy nie musiał częściej kończąc akcje rzutem o tablicę. Iluż było przecież koszykarzy, którzy za młodu imponowali atletyką, by w wielu 30 lat być wrakami samych siebie. Vince Carter i Tracy McGrady to przykłady pierwsze z brzegu i chyba najlepsze. Oczywiście gdyby nie ich widowiskowy styl gry pewnie nie zjednaliby sobie milionów oszalałych fanów, nie podpisali wielomilionowych kontraktów.

Griffin oczywiście nie ma co się oszczędzać, dopiero zaczyna przygodę z NBA, wiele lat gry jeszcze przed nim. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że kiedyś, po którymś z jego wsadów, mogą nie wytrzymać mu kolana – tak jak to miało miejsce podczas złapania zeszłorocznej, poważnej kontuzji. Trudno mi także wyobrazić sobie, iż Griffin po skończeniu 30 lat ciągle będzie wyczyniał takie cuda. Trzymajmy kciuki, aby się mylił. Bo okaz to rzadki i dorodny.

Podobne Rzeczy:

  • NBA All-Star – składy alternatywne
    Wczorajszej nocy władze NBA podały pełne składy zbliżającego się wielkimi krokami All-Star Game w Los Angeles. Jeśli chodzi o pierwsze...
  • All-Star Popis
    Oprócz siedzącego w pierwszym rzędzie Stevie’go Wondera żartów nie było żadnych. Niech ci, którym nie chciało się podnieść z łóżka...
  • Bardzo brzydkie kaczątko z Phoenix
    Kiedyś podczas ich spotkań kibice albo przez 2,5 godziny siedzieli o suchym pysku albo nosili ze sobą cewnik – kilkuminutowa...
  • Co NAPRAWDĘ znaczą nazwy klubów NBA?
    Ileż razy spotykamy się z Magikami z Orlando, Świetlistymi Smugami z Portland czy Postrzygaczami z Los Angeles? Niewiele osób potrafi...


Otagowane jako: , , , ,
Share on Twitter
Share on Facebook

1 komentarz do “Era High Griffinition”

  1. Anonim pisze:

    Piegowatej białej KOBIECINY? WTF?!

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)