Wyczucie czasu to, nie tylko w sporcie, rzecz niesłychanie istotna. Tak na boisku, jak i na korcie, parkiecie, basenie, ringu czy bieżni, trzeba przecież w optymalnym momencie zgrać się z kolegami, zareagować na gwizdek, zrobić unik. Popularny ostatnio „timing” w życiu codziennym też bardzo się przydaje – czasem potrafi przecież uratować skórę. Fernando Torres się nie popisał.
Jeszcze kilka dni temu nie zanosiło się na trzęsienie ziemi. Okienko transferowe w Europie zamykało się 31 stycznia i Liverpool, choć zdawał sobie sprawę z niezadowolenia jednej ze swych największych gwiazd, nie brał chyba scenariusza o sprzedaży Torresa na poważnie. Choć z drugiej strony, gdy w grę wchodzą rekordowe jak na Premier League pieniądze, niejeden (a tym, bardziej będący w największym kryzysie od lat Liverpool) by się skusił.
Od chwili, gdy dowiedziałem się, że jedna z twarzy The Reds opuszcza Anfield Road, zacząłem przyrównywać transfer Hiszpana za pięć dwunasta (dosłownie) do „decyzji” LeBrona Jamesa. I choć na pierwszy rzut oka obu wydarzeń nie da się ze sobą związać (wszak LeBron decyzję o odejściu z Cleveland podjął sam, a Torres z Liverpoolu odejść by nie mógł, gdyby nie chciały tego jego władze), to jednak mają one ze sobą wiele wspólnego. Zarówno Torres, jak i James potraktowali swoje klubu w najgorszy sposób z możliwych. James wyżywał się nad zwłokami Cavaliers przed bitą godziną w ogólnokrajowej transmisji telewizyjnej, która – pod względem oglądalności – okazała się być w czołowej dziesiątce wydarzeń sportowych całego roku w Stanach, Torres odszedł nie tylko do innego klubu z wielkiej, angielskiej „czwórki”, lecz zrobił to na kilka dni przed bezpośrednim pojedynkiem zwaśnionych stron.
Do dżentelmeńskiego porozumienia, często stosowanego w światku żużlowym, na mocy którego zawodnik przechodzący do innego zespołu w trakcie sezonu zgadza się nie występować w spotkaniu przeciwko swojemu byłemu klubowi (a raczej kluby negocjują taką ewentualność) nie doszło. Oczywiście nie było takiego obowiązku i w futbolu takie sytuacje często nie występują, choć uważam, że w tym konkretnie przypadku, takie rozwiązanie byłoby oznaką wzajemnego szacunku do siebie tak obu klubów, jak i samego Torresa, który przecież nie tak dawno zarzekał się, że na Anfield chciałby spędzić resztę piłkarskiego żywota.
Mówimy tu przecież nie o przejściu Rafała Murawskiego do Lecha, tylko gwieździe największego formatu, która przechodzi do zespołu rywala prawie że największego i po niecałym tygodniu ma zagrać przeciwko swojemu byłemu zespołowi (na szczęście u siebie, czy – jak kto woli – dla Torresa jeszcze na wyjeździe). Bo czy w sytuacji, w której kibice Liverpoolu ostentacyjnie palą koszulki swojego byłego idola i swe dzieła wrzucają na youtube’a, a firmy bukmacherskie przyjmują zakłady, który z graczy Liverpoolu pierwszy Torresa podczas niedzielnego meczu sfauluje, dżentelmeńskie porozumienie pomiędzy Chelsea a The Reds nie byłoby wyjściem idealnym?
Czas leczy rany – po kilku tygodniach wszystko by na Anfield przycichło, tym bardziej, jeśli Luis Suarez czy powracający do zdrowia Andy Carroll (czyli nowe nabytki mające Torresa godnie zastąpić) zaczną zdobywać bramki i prowadzić Liverpool do zwycięstw. Zdobywca gola dającego Hiszpanii złoto ostatnich mistrzostw świata powtarza, że postara się w niedzielę strzelić byłym kolegom bramkę – jeśli mu się uda, ciekawy jestem jak zareaguje? Czy jak Lukas Podolski, który w spotkaniu przeciwko Polsce ze swojego trafienia – przez szacunek do ojczyzny – ostentacyjnie się nie cieszył, czy wręcz przeciwnie – ni z tego, ni z owego po pięciu dniach zacznie pałać do Chelsea taką miłością, że będzie całować herb The Blues?
Chociażby takich dylematów można było spokojnie uniknąć, rozwiązań było mnóstwo – a to fikcyjny, niegroźny uraz, a to sprawy papierkowe, a to badania lekarskie. No ale nie dziwię się, że wyszło, jak wyszło – to się przecież będzie oglądać…
Podobne Rzeczy:
- Mistrz stosunku przerywanego
Granica między sportowym tchórzostwem a wszechstronnością, która w ostatnich latach w jego przypadku nabrała kompletnie innego, jeszcze głębszego wymiaru, nigdy... - Ligi Mistrzów tort słodko-kwaśny
Piłkarski torcik tegorocznego sezonu Ligi Mistrzów swą bazę już posiada, czas zacząć ozdabiać go ulubionymi przez kibiców futbolu owocowymi przebraniami....





shla: uwaga niezwiązana w ogóle z tekstem (ten zresztą przyjemnie się czyta). Fernando Torres zdobył gola dającego Hiszpanii mistrzostwo Europy w 2008 r., a bramkę w finale mistrzostw świata 2010 strzelił Andres Iniesta. Wkradł się mały błąd w tekst
pzdr.
od razu mała poprawka: uwaga jest jednak związana z tekstem, sam się zakręciłem.