Kolejny konkurs wsadów NBA za nami i kolejne – lekkie, bo lekkie, ale jednak – rozczarowanie. Nie zrozumcie mnie źle, zawody stały na zdecydowanie wyższym poziomie niż np. zeszłoroczne, w których sprawę pokpili nie tylko Gerald Wallace czy Shannon Brown. Wiedziałem, że po kilkutygodniowym dmuchaniu balona wokół rywalizacji Griffina i reszty, ten w końcu będzie musiał pęknąć. Miałem tylko nadzieję, że z jego wnętrzności polecą srebrne konfetti, a nie wycinki Robotniczej…
Nie ma co przyrównywać tegorocznych powietrznych wygibasów z tym, co pokazali nam zeszłoroczni antybohaterowie cyklu Sprite Slam Dunk Contest. Wszak w poprzednim sezonie, gdyby za lekceważenie publiczności i emanujące olewactwo ze strony głównych bohaterów tego wydarzenia groziły sankcje prawne, zarówno Brown, jak i Wallace dostaliby dożywocie i w zakładzie o zaostrzonym rygorze musieliby trzymać wywiniętą na lewą stronę kieszeń Theodore’a „T-Baga” Bagwella.
Tym razem obyło się bez żenady, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby wykonywane przez uczestników wsady były realizowane w odwrotnej kolejności, być może z wrażenia lekko bym popuścił. A tak, suchota… Pierwsza runda konkursu była zdecydowanie najlepsza, druga nieco słabsza, no i jak łatwo się domyśleć, im dalej w las, tym większa, ciemniejsza, bardziej skomercjalizowana czarna dziura.
Dunki JaVale’go McGee były innowacyjne – to mu przyznać trzeba. Na takie sztuczki może się jednak decydować w swoim trzecim występie Dwight Howard albo Nate Robinson, czyli ktoś, kto na przestrzeni ostatnich lat w konkursach wsadów pokazał już praktycznie wszystko i brakuje mu pomysłów, aby zaskoczyć jeszcze publiczność czymś klasycznym, standardowym. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego sięgający głową sufitu Staples Center McGee decydował się na akrobatyczne triki, w których kompletnie nie było widać jego piekielnego atletyzmu, wyskoku, zasięgu ramion (oprócz jednej, najlepszej próby w rundzie finałowej). Zamiast się rozpędzić i przy…. lić coś sążnego, soczystego i krwistego bawił się z Johnem Wall’em w ping-ponga. A może mi ktoś wytłumaczyć, co zrobił w swojej ostatniej próbie? Dlaczego nie spróbował powtórzyć bardzo efektownego „wcisku” z pierwszego podejścia?
Nieco odwrotna sytuacja tyczyła się Griffina. Wiedzieliśmy co prawda, że będzie mu bardzo ciężko zaimponować w tym konkursie głównie ze względu na brak w trumnie kogoś z dwójki Danillo Gallinari-Timofey Mozgov, lecz po jego pierwszych próbach pojedynczych wsadów widać było, że potencjał do kończenia z góry także na „pusty” kosz, ma niewyczerpany. Tracił jednak siły z każdym kolejnym podejściem, każde było mniej energiczne, zdecydowanie mniej od pierwszego efektowne. Gdyby wychodziły mu zamierzenia oryginalne, mogliśmy być świadkami konkursu przełomowego, takiego jak choćby osławiony z 2000 roku.
Jeśli nie za bardzo wiecie o co mi chodziło, zobaczcie sobie rozgrywany kilka dni temu tegoroczny konkurs wsadów zaplecza NBA, czyli D League. W finale wystąpił m.in. były zawodnik Turowa Zgorzelec Chris Johnson, którego warunki fizyczne łudząco przypominają te JaVale’go McGee.
Czyste, tradycyjne, po prostu hardcorowe dunki. Tak to się robi!
Podobne Rzeczy:
- Era High Griffinition
Nie chcielibyście go spotkać ani w ciemnej uliczce, ani na koszykarskim boisku. Niewielu było w historii NBA rookies, którzy swoją... - Jan pod ścianą
Wielomilionowy kontrakt z Reebokiem podpisał już zanim na parkietach NBA postawił pierwsze kroki. Zanim po raz pierwszy poczuł zapach krochmalu... - Dlaczego Jimmer Fredette nie zrobi kariery w NBA
Wielki szum zrobił się podczas „Marcowego Szaleństwa” wokół białego rozgrywającego zamkniętego w ciele rzucającego, który do kosza potrafi trafić wszystkim,... - NBA All-Star – składy alternatywne
Wczorajszej nocy władze NBA podały pełne składy zbliżającego się wielkimi krokami All-Star Game w Los Angeles. Jeśli chodzi o pierwsze...




