To, że PGE Turów po świetnym meczu pokonał w ostatnią sobotę Asseco Prokom wie już każdy. Po spotkaniu media nie szczędziły komplementów ekipie Jacka Winnickiego wychwalając jej zespołowość, zgranie, determinację, charakter. Wymieniając przyczyny kolejnej porażki mistrzów Polski mówiono z kolei o ciężkich treningach, braku ofensywnego potencjału, kontuzjach i zwolnieniach, lecz nikt nie wspomniał o wydarzeniach, jakie miały miejsce przy ławce rezerwowych gości, gdzie szalał człowiek zerwany ze smyczy.
Każdy, kto choć raz oglądał film pt. „Unleashed” (polski tytuł „Człowiek Pies”) z Jetem Lee oraz Morganem Freemanem w rolach głównych rozumie analogię. Główny bohater Danny został wychowany jak pies, trzymany w zamknięciu przez większość swojego życia. Wokół szyi nosi metalową obrożę, którą jego pan ściąga, gdy ma tarapaty. Danny to jego osobisty ochroniarz, istna maszyna do zabijania. Skrzyżowanie amerykańskiego, nieskomplikowanego stylu Sylvestra Stallone’a wcielającego się w rolę Rocky’ego z brutalnym i bezpardonowym Jasonem Stathamem. Gdy słyszy głos odpinającej się obroży w oczach błyskają mu pioruny, grasuje tornado, nadchodzi tsunami. Game Over. W trakcie oglądania sobotniego klasyka PLK w Zgorzelcu nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Danny’ego – Człowieka Psa – widzę po raz kolejny. Był tam, zjawia się tam przynajmniej raz w roku. Zwykle z obrożą na szyi, choć nie za mocno ściśniętą. Tym razem jednak ewidentnie był jej pozbawiony.
Efekty jego zniszczenia tym razem oglądałem w telewizji. Relację zdały mi osoby będące w centrum wydarzeń, siedzące dosłownie dwa metry za nim. W nic co mi przekazały nie mogłem nie wierzyć, z kilku względów. Po pierwsze jak na dłoni popisy trenera Prokomu Tomasa Pacesasa było widać na szklanym ekranie. Ba, przedstawieniem swym raczył nas nawet na środku parkietu, zupełnie tak, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, ze na hali siedzi 1,5 tysiąca kibiców, a przed telewizorami kolejnych kilkanaście. Po drugie miałem okazję obserwować jego zachowanie podczas pracy na żywo wielokrotnie – chociażby w Zgorzelcu w poprzednim roku. Było łagodniej, choć drugi trener zespołu Andrzej Adamek dwa razy oberwał długopisem, bo Pacesasowi zachciało się z nerwów cisnąć CZYMŚ GDZIEKOLWIEK, na parkiecie kilka razu z impetem lądowała „deska” trenerska, z Pacesasowego kopa dostało siedzenie. Bez ofiar, aczkolwiek wstyd i żałość na całego.
Przyzwyczaił nas już litewski szkoleniowiec do swego zachowania, wszak w Polsce pracuje już kilka ładnych lat. Nasz próg wrażliwości nieco się na przestrzeni lat obniżył po wieloletnich popisach mistrza konkurencji Andreja Urlepa a także Salvadora Dali linii bocznej Igora Griszczuka. Ci jednak w furię wpadali (co za paradoks!) w sposób spokojniejszy. Rwali włosy z głowy, swym obuwiem próbowali wdeptać parkietowe klepki w podłogę, skakali, wrzeszczeli. Zawodnicy spuszczali lekko głowy, ale kibice się śmiali. Przy zachowaniu Pacesasa prosto z piłkarskiego sektora z najtańszymi biletami, gdzie nierzadko siedzi „elita”, kibice i dziennikarze po prostu się krzywią. Brzydzi ich podejście trenerskiego chama i prostaka, który swym niewysublimowanym językiem w pseudo-merytoryczny sposób przekazuje zawodnikom, z którymi przecież ma tworzyć (ba, pewnie tworzy!) koszykarską rodzinę, swe cenne wskazówki, próbuje do nich dotrzeć, ustalenia powtórzyć, zagrania wytłumaczyć.
Jeśli Prokom to rodzina (a każdy klub rywalizujący w dyscyplinie zespołowej musi się za taki uważać, jeśli oczywiści liczy na sukcesy), to podczas spotkania w Zgorzelcu jej głowa była napruta i ubrana w dresy oraz brudny podkoszulek, z półlitrową flaszką w ręku wymachiwała rękami, bluzgała na lewo i prawo w ten sposób chcąc wprowadzić „w domu” porządek. Patologia jak się patrzy… Po pewnym czasie taki Andrej Urlep jednak chłonął, podchodził do zganionego i swe uwagi przekazywał w sposób bardziej gentlemański. Pacesas tego nie robi, a przynajmniej nie widać, aby robił to podczas meczu.
Dodatkowo wpada w tak przeraźliwy trans, z elegancko ubranego mężczyzny przeistacza się w opętańca, który „porwał” Emily Rose. Wytrzeszcz oczu, wściekłość, gniew – wyobraźcie sobie to wszystko bijące z twarzy byłego boksera, któremu po złamaniu nosa kilkanaście lat temu lekarz wyrządził krzywdę i kości nie nastawił, który w dodatku ma fryzurę wystylizowaną na Silnego z „Wojny polsko-ruskiej”. Strach się bać, prawda? Nie chodzi jednak o to, czy ktoś się Pacesasa boi, czy też nie. Radek Hyży też zawsze zgrywał na parkiecie twardziela, a wszyscy wiedzą, że „zrobiony” jest z papieru. Nie o to chodzi. Pacesas wyżywa się tylko na nielicznych, przez co przypomina chuligana z ostatniej klasy podstawówki, który zaczepia i dokucza pierwszakom.
Jego przed laty upatrzoną ofiarą był Filip Dylewicz, którego ten ganił za wszystko, nawet za swoje złe podanie za czasów, gdy był jeszcze zawodnikiem. Teraz pozwala sobie na więcej tylko w stosunku do swoich graczy drugo, bądź też trzecioplanowych. Od zawsze rugał i rugać będzie Adam Hrycaniuka, czasami Adama Łapetę, a w Zgorzelcu narobił wstydu Courtney’owi Eldridge’owi oraz Filipowi Widenovowi (choć przede wszystkim wystawił świadectwo tylko i wyłącznie o sobie samym). Daniela Ewinga nie „tknie” nigdy, bo wie, że ten posiada „charakterek” i jako Amerykanin, gwiazda zespołu krytykanctwo na pokaz może odebrać nieco inaczej. Np. tak, jak J.R. Giddens podczas jednego z meczów Euroligi, kiedy to na prymitywną burę z ostentacyjnymi gestami rąk Pacesasa Amerykanin odpowiedział równie niewyparzonym językiem. Doszło to spięcia – Giddensa i Pacesasa rozdzielali zawodnicy. Gdy Litwin zauważył, że chyba jednak na zbyt wiele sobie pozwolił (zwłaszcza w stosunku do Murzyna, który przez białego rugany być nie lubi – uwierzcie, wiem co mówię…) nagle zacząć się uśmiechać, pokazywać, że reakcja Giddensa tylko go rozśmieszyła. Poklepał Amerykanina po pośladkach i odszedł. Do końca meczu spokój. Ale Jak Giddens na całym zajściu wyszedł wszyscy wiemy. Od kilku tygodni już w Gdyni nie pracuje. Z „Szeryfem” przecież zadzierać nie można.
Śmiać mi się chce, gdy słyszę opinię na temat tego, że Pacesas świetnie poradził sobie z Qyntelem Woodsem i jego trudnym charakterem. Wiem ze źródeł dobrze poinformowanych, że Amerykanin nie jest traktowany w klubie jak inni, a Pacesas stosuje wobec niego taryfę ulgową. Nie jest to dawanie sobie z kimś rady – to ewidentne „odpuszczanie”, traktowanie kogoś na warunkach uprzywilejowanych. Moim zdaniem nie wykazuje się tu Pacesas wybitnymi umiejętnościami psychologicznymi, lecz hipokryzją i niekonsekwencją, co świadczy przede wszystkim o tym, że na Q pomysłu nie ma żadnego. Musi, nie ma wyjścia – gdyby między nimi doszło do spięcia, myślę, że swój dom, samochód i telefon komórkowy postawił bym jednak na olbrzymiego byłego organizatora psich walk – ten przecież ze zwierzakami, a zwłaszcza BOKSERAMI, doświadczenie ma ogromne…
Można krytykować, denerwować się, wściekać – każdy ma swoją naturę, swój własny sposób na wyrażanie emocji, przekazywanie informacji. Wiadomo także, że pewne zachowania, nawet u człowieka będącego uosobieniem spokoju, pod wpływem niesłychanego stresu następują szybciej i mają zwiększone natężenie. Iluż wielkich europejskich trenerów uważanych jest za nerwusów – Bogdan Tanjević, Żelijko Obradović, Dusan Ivković… Oni jednak swoich zawodników nie upokarzają, nie emanuje od nich chęć pokazania za wszelką cenę, kto jest górą, kogo trzeba słuchać. Tak to przynajmniej wygląda z perspektywy ekranu telewizora czy też kibicowskich trybun (dwóch z trzech tych szkoleniowców było przecież na EuroBaskecie w Polsce). Oni są nerwusami z sukcesami, Pacesas furiatem bez. Ktoś powinien na to zwrócić uwagę, bo niedługo przecież może dojść do rękoczynów – w Zgorzelcu było o włos.
A na koniec bonus – fragment jednego z wpisów na blogu Artura Wiśniewskiego, wokalisty zespołu rockowego Spatium: „Szczerze mówiąc, nie spotkałem jeszcze w życiu człowieka, który nie umiejąc panować nad swoimi emocjami, potrafiłby osiągnąć sukces. Ba, nawet o takim nie słyszałem. No chyba, że sukcesem możemy nazwać absolutne (Adolf Hitler) lub niemal absolutne (Hugo Chavez) przejęcie władzy w państwie”.
Nie mam wątpliwości, kto ponosi największą odpowiedzialność za przegraną Prokomu w przygranicznym mieście oraz to, że atmosfera na ławce rezerwowych tego zespołu zwykle przypomina stypę . A wy?
Podobne Rzeczy:
- Szef niewolnikiem pracownika
Krok w tył – tak najkrócej można określić sezon w wykonaniu, ciągle jeszcze pozostającej wizytówką naszego kraju, drużyny Asseco Prokomu... - Krzysztofa Szubargi marsz w miejscu
Reprezentant Polski Krzysztof Szubarga zadebiutował w barwach mistrza kraju z Gdyni dwa tygodnie temu w spotkaniu przeciwko AZS-owi Koszalin. Wrócił... - Po gwieździe na zespół
Choć sezon zasadniczy dobiegł końca i wiadomo już, które zespoły będą biły się o medale, w dalszym ciągu nie zostały... - Powrót do przeszłości
W przygranicznym mieście przed tegorocznym sezonem zaprezentowano filozofię mocno asekuracyjną. Wbrew strategii, do której na przestrzeni kilku ostatnich lat kibice...








