James pozbył się Robina, a nie Batmana…

Napisane 17 maja, 2011 przez shla w Koszykówka & NBA

Zdecydowanie za wcześnie, by po pierwszym – choć niezwykle efektownym – zwycięstwie Chicago Bulls nad Miami Heat w finale konferencji wschodniej, prowadzących w serii 1:0 podopiecznych Toma Thibodeau już stawiać jako pewniaków do gry w finale. Zdecydowanie za wcześnie także, by po wyeliminowaniu – choć efektownym 4:1 – przeklętych Boston Celtics mówić, że LeBron James w końcu pozbył się nawiedzających go od lat koszmarów i teraz sypia spokojnie.

11 maja, American AirLines Arena, końcówka czwartej kwarty wygranego przez Heat starcia numer pięć przeciwko Boston Celtics. Wybrzmiewa ostatnia syrena tej rywalizacji, nowoutworzona ekipa z Florydy pokonuje mistrzów konferencji wschodniej 97:87, a LeBron James zostaje bohaterem spotkania zdobywając w ostatnich kilkuset sekundach tego meczu 10 punktów dających jego ekipie zwycięstwo. Kibice się cieszą, a James klęka na jedno kolano zastygając w bezruchu na kilkadziesiąt sekund.

Cholera wie co sobie wtedy myślał. Czy dziękował Bogu za to, że jego trójki w końcówce doszły celu, przepraszał świat za nagranie godzinnej telewizyjnej parodii, czy też prosił, aby Chris Bosh ponownie zapuścił włosy i stał się podkoszowym potworem z Loch Ness a nie klasycznym kelnerem, który zwykle zanim doniesie, to rozleje…

Tom Thibodeau podczas zeszłorocznych finałów

Po odprawieniu z kwitkiem Celtics powtarzano, że James w końcu pozbył się swych duchów przeszłości, przeskoczył tę ostatnią dzielącą go od upragnionego mistrzostwa NBA przeszkodę, pokonał swój największy lęk, który paraliżował go w najważniejszych meczach kariery. W końcu pokonał Boston Celtics Doca Riversa, wyszedł zwycięstwo z serii przeciwko Wielkiej zielonej Czwórce. Mało tego, w końcu był również i bohaterem serii, który nie zawiódł w najważniejszym momencie. Teraz miało być już tylko z górki…

Nie wiem czy tylko wygłaszający swe teorie kibice, czy również i sam King James, zapomnieli o tym, kto stoi na czele kolejnych rywali Heat. Paradoksalnie nie jest to tegoroczny MVP rozgrywek Derrick Rose. Nie jest to także wybuchowy jak wypowiedzi Czesława Mozila Joakim Noah, który w pojedynku na grzywy byłby nawet w stanie wygrać z lwem. Nie są to również ani magia chicagowskiej United Center (pamiętającej czasy mistrzowskich tytułów Michaela Jordana), ani przygniatające swym ciężarem sukcesów, wyróżnień i wszelkich nobilitacji zawieszone pod kopułą hali koszulki największych z wielkich.

Wódz na czele stada Byków

To tylko i AŻ Tom Thibodeau. Ten, o którym wszyscy zdali się zapomnieć, prorokując tegorocznym Heat otwartą autostradę do wielkiego finału.

O ile James Celtics w końcu przeszedł, o tyle Tom Thibodeau w swojej play-offowej karierze jeszcze pokonać mu się nie udało. Przypomnijmy, że LeBron przegrywał z Celtami w 2008 roku w półfinale konferencji 3:4, no i w pamiętnej serii półfinałowej w roku ubiegłym 2:4. W sztabie Doca Ricersa – w obu tamtym seriach – był oczywiście największy specjalista od zespołowej defensywy, obecny szkoleniowiec Chicago Bulls – Thibodeau – który zawsze uznawany był za twórcę genialnej obrony obecnych Celtis.

Stan drugoplanowej rywalizacji James-Thibodeau wynosi zatem 0:2, a debiutujący w tym roku w roli pierwszego trenera opiekun Byków, zwycięstwem pierwszym meczu finału konferencji poczynił wielki krok ku temu, by wkrótce zaliczyć klasycznego hat-tricka. James pozbył się zatem ze swego umysłu zielonych stworków, lecz ciągle nie może znaleźć sposobu na mówiącego w stylu wokalu Nergala Thibodeau.

Jego 15 punktów w meczu otwarcia serii (w tym tylko 5 w przegranej przez Heat 34:55 drugiej połowie) świetnie pokazuje to, że najlepszy szkoleniowiec tego sezonu doskonale wie, jak zatrzymać najlepszego zawodnika Heat. Dwukrotny MVP ligi z pewnością nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i pewnie nieraz w tej serii poprowadzi swój zespół do zwycięstwa, ale czy będzie w stanie zrobić to czterokrotnie? I to zanim uczyni to Thibodeau ze swymi ukierunkowanymi na grę w defensywie jak Kuba Wojewódzki na zarabianie pieniędzy wysokimi defensorami z Noah i Tajem Gibsonem na czele?

James odniósł cenne, przede wszystkim mentalne, zwycięstwo nad Celtics, lecz pokonał jedynie Robina a nie Batmana. Na Supermana najlepszym antidotum jest kroptonit, na Kubę Wojewódzkiego relanium, a na Edytę Górniak rozwód. Na LeBrona Jamesa nie są to Celtics, a Tom Thibodeau, który ciągle jest w grze. I ciągle prowadzi.

Podobne Rzeczy:

  • Mistrz stosunku przerywanego
    Granica między sportowym tchórzostwem a wszechstronnością, która w ostatnich latach w jego przypadku nabrała kompletnie innego, jeszcze głębszego wymiaru, nigdy...
  • Jedno mistrzostwo, a tyle uleczonych dusz
    Gdyby Los Angeles Lakers ponownie zdobyli mistrzostwo NBA, bylibyśmy świadkami historii wyjątkowej, chwytającej za serce nawet tych, których organ ten...
  • Nawyk w sporcie najniebezpieczniejszy
    Wydawało się, że strata pierwszego miejsca już im nie grozi. Że ponad siedmiomeczowej przewagi nad drugą ekipą swojej konferencji w...
  • Byczy team
    Wiadomo, ze jeśli mieszkać, to w Nowym Jorku. Jeśli się uczyć, to do stanu Massechusetts. Jeśli mieć święty spokój, to...
Share on Twitter
Share on Facebook

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)