Gdyby Los Angeles Lakers ponownie zdobyli mistrzostwo NBA, bylibyśmy świadkami historii wyjątkowej, chwytającej za serce nawet tych, których organ ten z ołowiu jest zbudowany. Odchodzący na emeryturę Phil Jackson wygrałby 12 trenerski pierścień, Kobe Bryant zrównałby się ich liczbą z Michaelem Jordanem, a Ron Artest może nawet sięgnąłby źródełka mentalnego ozdrowienia. Lakers dawno już nie ma, a najbardziej wzruszającą historię dojścia do na sam szczyt, mogą nam teraz zafundować tylko ONI.
Za Dallas Mavericks kciuków – przynajmniej wśród z moim znajomych – nie trzyma prawie nikt. Wszyscy albo pragną powrotu na mistrzowskie salony Chicago Bulls, albo życzą sobie, by zatriumfował uosabiający setki cnót wszelakich Kevin Durant i jego Oklahoma City Thunder. Znam też takich, którzy wierzą w to, iż LeBron James po serii z Celtics w istocie się nawrócił, i że i on na swoje pierwsze mistrzostwo zasługuje, mimo letniego „spisku” i emanującej z jego twarzy jak inteligencja z mieszkanek posiadłości Hugh Heffnera bufonady.
Nie dziwi mnie to specjalnie, bo sam oprócz zespołu Heat, nie mam nic przeciwko Bulls czy Thunder. Derrick Rose dokonał w tym roku rzeczy niebywałych, podobnie jak „pierwszoroczniak” Tom Thibodeau. Każdy mecz Byków z pierwszego rzędu ogląda Scottie Pippen, kciuki gdzieś w głębi duszy pewnie trzyma nawet sam Michael Jordan. Tak daleko w play-offach ekipa z Wietrznego Miasta nie zaszła od ostatniego wielkiego roku Jordana, już ponad 13 lat temu. Okres to wystarczająco długi i dla tamtejszych kibiców bolesny, aby nie życzyć im finału. Bulls darzę ogromną sympatią również dlatego, że jedyny mecz NBA, na którym byłem w swoim życiu, miał miejsce właśnie w hali United Center.
Potrafię zrozumieć także fanów OKC Thunder. Wiele osób twierdzi, że to w jaki sposób gra obecnie ekipa Scotta Skilesa, to przyszłość koszykówki. Dwie młode gwiazdy ligi, twardzi i nieustępliwi podkoszowi, świetni rezerwowi, równie bajeczna atmosfera. Gracze w przytłaczającej większości wzięci prosto z draftu, a nie „przygarnięci” drogą naturalną jak biust Dody czy twarz Justyny Steczkowskiej. Nic, tylko życzyć, aby rozwijali się tak dalej.
I pewnie nawet znalazłoby się kilka powodów, dla których warto kibicować Miami. Bo ich się albo kocha, albo nienawidzi. Można życzyć mistrzostwa wytrwałemu Dwyanowi Wade’owi, bo w ten sposób ciągle miałby o jeden więcej od LeBrona… Mistrzostwo z pewnością należy się Patowi Riley za to, w jak niewiarygodny sposób zdołał namówić do przejścia na Florydę dwójkę James-Bosh (transfer z pewnością byłby inaczej odebrany, gdyby James ze sztabem jajogłowych nie zdecydował się na telewizyjną szopkę).
Bez wątpienia najpiękniej byłoby jednak, gdyby mistrzostwo zdobyli Mavericks. Bo nie udało im się to w 2006 roku, w okolicznościach niespotykanych. Prowadzili 2:0, a w czwartej kwarcie trzeciego meczu mieli przewagę kilkunastu punktów. A mimo to przerżnęli z kretesem 2:4. Bo gdyby to Dallas okazało się najlepsze, nagrodę MVP dostałby 33-letni Dirk Nowitzki, a jeszcze żadnemu Europejczykowi (oprócz Tony’ego Parkera) ta sztuka się nie udała. W to, że Niemiec na mistrzostwo zasługuje, chyba nikt nie ma wątpliwości… Poza tym wystarczająco już w Galerii Sław NBA wybitnych koszykarzy o gołych palcach – Barkley, Stockton, Malone… Więcej nie chcemy, choć wiem, że to nieuniknione.
Jakże pięknym zwieńczeniem genialnej kariery byłoby mistrzostwo dla Jasona Kidda. Jeden z trzech najlepszych rozgrywających jakich mogliśmy obserwować w ostatnich dwudziestu latach (zaraz obok Stocktona i Nasha) najprawdopodobniej zakończy po tym sezonie karierę. Ma 38 lat, w finałach grał dwukrotnie – bez powodzenia. On kolejnej szansy już mieć nie będzie. Zrewolucjonizował koszykówkę, na stare lata trzyma się rześko jak Grażyna Szapołowska. Jest wielki, a wielcy zawodnicy nie powinni kończyć niespełnieni…
Jest i 34-letni Peja Stojaković, który z pewnością pamięta siódmy mecz finałów konferencji zachodniej w 2002 roku, kiedy to jego Sacramento Kings (prawdopodobnie najpiękniej wówczas grająca ekipa całej ligi) zostali pokonani przez wielkich Los Angeles Lakers dopiero w siódmym meczu, i to po dogrywce. Każdy pamięta przebijający się do dziś w filmowych zajawkach rzut Roberta Horry za 3 punkty ponad ręką Chrisa Webbera… A wystarczyło tylko zebrać tę cholerną piłkę…
W ogóle Mavs mają w swoim składzie wielu weteranów, którzy byli blisko sięgnięcia mistrzostwa, albo chociaż gry w wielkim finale. Prawie 34-letni Jason Terry, 33-letni Shawn Marion. Do tego dochodzi także 31-letni Caron Butler, którego przecież z większości sezonu wykluczyła kontuzja. Mavericks radzą sobie zatem bez drugiego najlepszego zawodnika, który miał być ofensywnym druhem Dirka Nowitzkiego.
A Mark Cuban? O nim także nie można zapominać. Specjalnie na te play-offy, zdając sobie pewnie sprawę z tego, że w przeszłości swoim zachowaniem bardziej zespołowi przeszkadzał, aniżeli pomagał, zamilkł zza ławki swojego zespołu zaciskając tylko energicznie pięści po kolejnych skutecznych akcjach. Można go nie lubić, ale szanować trzeba – chociażby za to, że choć jest milionerem i celebrytą, ciągle chodzi w dżinsach, trampkach i koszulce Mavericks wartej pewnie z 5 dolarów.
Jedno mistrzostwo, a tyle uleczonych, zmordowanych dusz…
Podobne Rzeczy:
- Po mistrzostwo wysoko sięgającymi ramionami
Jeśli ktoś w dalszym ciągu uważa, że powtarzana do znudzenia przez wszystkich koszykarskich ekspertów w Stanach fizyczna dominacja, przewaga wzrostu... - James pozbył się Robina, a nie Batmana…
Zdecydowanie za wcześnie, by po pierwszym – choć niezwykle efektownym – zwycięstwie Chicago Bulls nad Miami Heat w finale konferencji... - Mój człowiek z Massachusetts
Szczerze? Nie pamiętam kiedy ostatni raz cieszyłem się z czyjegoś nieszczęścia tak bardzo, jak z drugiej kolejnej porażki w półfinale... - White Power
Wątpliwości co do tego czy Mike Brown – nowy szkoleniowiec Los Angeles Lakers – poradzi sobie z trudnymi hollywoodzkimi charakterami...
Otagowane jako: Chicago Bulls, Dallas Mavericks, Dirk Nowitzki, Jason Kidd, Miami Heat, mistrzostwo, Oklahoma City Thunder, Peja Stojaković, play-offy








Marc przesadza z botoksem.