Nie wiem komu lub czemu zawdzięcza swoją demoniczną ksywkę Krzyniu „Diablo” Włodarczyk. Może jeździ old-schoolowym modelem Lamborghini, może numer jego komórki zaczyna się od ciągu cyfr 666, a może jego ulubioną pizzą jest pikantna pepperoni. Po kolejnej walce w obronie mistrzowskie pasa wiem natomiast, że na nią nie zasługuje.
Miał Polak w tym starciu przewagę w każdym elemencie bokserskiego rzemiosła. Był zdecydowanie bardziej wytrzymały, szybszy, jego ciosy – gdy już zadawane – zdawały się mieć moc trzykrotnie większą od tych Portorykańczyka. Co z tego, skoro było ich jak na lekarstwo… Werdykt sędziów pojedynku był skandaliczny, bardzo niesprawiedliwy, ratujący Polakowi i jego promotorom leniwe cztery litery… Krzyniu nie zasłużył sobie na to mistrzostwo, chociaż wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że aby tytuł w boksie stracić, należy przegrać zdecydowanie, a nie tylko prowizorycznie.
W ogóle zaserwowali nam bokserzy przyjacielski sparing. Obyło się bez guzów, podbitych oczu, pękniętych warg, łuków brwiowych, złamanych nosów. Żaden z pięściarzy nie miał najmniejszej rany na swej twarzy, żaden (choć Francisco Palacios walczył na dystansie dwunastu rund pierwszy raz w życiu…) nie wydawał się zmęczony bardziej, niż po poobiednim seksie z małżonką.
Zamiast mocnych ciosów były za to szachy – i to nie w wersji czysto sportowej, co wakacyjnej, uprawianej podczas niedzielnej włoskiej sjesty. Zamiast agresywnych technicznych kombinacji mieliśmy okazję oglądać 24 przyjacielskie klepnięcia rękawicami – PRZED i PO każdej rundzie… Zamiast walki mistrza z pretendentem do tytułu, spotkało się w ringu w Bydgoszczy dwóch łowiących ryby emerytów. Przez prawie godzinę deliberowali nad tym, czy przynętą najlepszą na pstrąga będą żabki, woblery, obrotówki czy strimery…
Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego Krzyniu „Aniołek” Włodarczyk nie zadawał ciosów. Fiodor Łapin przed każdą kolejną rundą kładł nacisk nie tyle na szukanie ciosu kończącego, co zwykłe, mało efektowne „punktowanie”. Tymczasem nasz pięściarz nie potrafił zrobić nic, mając rundy bez nawet jednego ciosu, który choćby musnął głowę przybysza z Florydy – jakim cudem wygrał zatem u jednego z arbitrów 118:112?!
Czuję się zniesmaczony, jak po obejrzeniu gejowskiego pornola z czeskim dubbingiem. Zarwałem pierwszą, najistotniejszą fazę swego snu dla dwóch celebrujących przeżycie kolejnych trzech minut kpiarzy. Bo to nie był pojedynek taktyczny jak próbował jeszcze przed ogłoszeniem wyniku tłumaczyć zgromadzonej w bydgoskiej Łuczniczce Włodarczyk. To był pojedynek typowego, skaczącego po ringu jak poparzony „południowca” z człowiekiem, na którego ciało tuz przed walką wylano kilka litrów gorącego wosku. Łysy uciekał, a „woskowy” trzymał gardę…
I pewnie znowu pojawią się głosy, że coś mi się nie podoba… Niestety – ja chłamem podawanym w najwykwintniejszej nawet restauracji się nie satysfakcjonuję. Przebolałbym tę walkę, gdybym widział w oczach rywali chęć wzajemnej eksterminacji, a nie przyjaźń, szacunek i uznanie. Przebolałbym tych dwanaście nudnych rund, gdyby obaj bardzo chcieli, tylko im nie wychodziło.
Lecz gdy widzę pięściarzy pojedynkujących się o mistrzostwo świata, którzy przepraszają się za każdy nieczysty cios (którego sędzia ringowy nawet nie zauważył), a po beznadziejnej walce wpadają sobie w objęcia, jakby właśnie ukończyli wspólnie sztafetę, to mam zamiar wyrzucić telewizor przez okno – i najlepiej jeszcze żeby trafił tego, co mi tak chrapie nad uchem…
Podobne Rzeczy:
- Schody do nieba, czyli spychologia budowlana
Burdel w polskiej piłce to zjawisko rzadkie jak korki o 16. Jak nie naparzają się kibice, to słoma z butów... - KSW – Kupa Straconej Waluty
Przyznaję – daję się czasem ponieść telewizyjnym przekazom, które niejednokrotnie potrafią nam Żytnią podać, a my z wyciągniętymi jęzorami myślimy,...
Otagowane jako: boks, Fiodor Łapin, Francisco Palacios, Krzysztof "Diablo" Włodarczyk, mistrzostwo świata




Dobry blog.Pamiętam Cię „Szlachta”jeszcze z parkietu.Niezłą sprawą byłoby pogadanie z Tobą o baskecie,czasach gry dla Tomasza Jankowskiego w najzdolniejszej chyba grupie młodzieżowej jaką Śląsk miał.Z tego co czytam miałbyś pewnie dużo ciekawych anegdot na wiele tematów.Oby to co napisałem nie zajeżdzało wazeliną za bardzo!
trochę zajeżdża, ale przeżyję:P opowieści trochę jest, ale nie wiem czy wszystkie nadawałyby się na publikację w Internecie… Poza tym jest taka zasada, o której pewnie słyszałeś – to co w szatni, z szatni nie wychodzi:)
Dzięki za śledzenie działalności:)
pozdrawiam