Reprezentant Polski Krzysztof Szubarga zadebiutował w barwach mistrza kraju z Gdyni dwa tygodnie temu w spotkaniu przeciwko AZS-owi Koszalin. Wrócił do gry po ponad półrocznej przerwie spowodowanej kontuzją kolana i z miejsca stał się jednym z najlepszych zawodników Asseco Prokomu. Powstaje zatem pytanie – czy Szubarga to gracz ponadprzeciętny, którego wciąż nie doceniamy, czy to Prokom tak drastycznie obniżył swe loty upodabniając się do reszty drużyn Tauron Basket Ligi?
Chyba nikt, włącznie ze mną, nie spodziewał, że „Szubi” z miejsca weźmie za łeb gdyńską hybrydę o kilku przynajmniej głowach. Powątpiewałbym w to nawet, gdyby krępy rozgrywający przechodził do Prokomu po ciężko przepracowanym lecie i był w gazie. Po kilkumiesięcznej kontuzji jednak, która dla zawodnika bazującego na szybkości, zwrotności, agresji oraz „upierdliwej” defensywie jest zabójcza, nawet w snach bym nie przypuszczał, że to możliwe. A jednak. Szubarga wszedł do zespołu, w którym 10 z 12 zawodników pierwszego składu zarabia od niego więcej (dużo więcej) – i to z pewnością w dolarach bądź euro, a nie w polskich złotych – i porozstawiał wszystkich po kątach.
Znam Szubargę od wielu lat i wiem, że zadatki na przywódcę z pewnością ma. Bycie liderem w Stali Ostrów Wielkopolski czy nawet Anwilu Włocławek zdawało mi się nie jest jednak na tyle przekonujące, abym można było sądzić, iż 26-latek kiedykolwiek będzie zdolny pełnić podobną funkcję w ekipie tak bardzo od całej reszty polskiej bandy różnej.
Powiedzieć, że Szubarga nagle, po trzech meczach stał się liderem zespołu to oczywiście przesada. W dalszym ciągu – pod nieobecność Qyntela Woodsa, który chyba za pierwsze pieniądze zainkasowane w Gdyni postanowił sobie kupić sforę psów i czas po rehabilitacji pleców spędza z nimi Bóg wie tylko w jaki sposób – są nimi Daniel Ewing oraz ratko Varda. Chociaż nie – to również nie byłoby prawdą. Wodzem, szamanem, kucharzem a nawet niańką w Prokomie jest przecież Tomas Pacesas… Mówimy jednak o liderach boiskowych – co jak co, ale to co zespół zrobi na parkiecie zależy tylko i wyłącznie od ludzi będących w szortach i czy się to Pacesasowi podoba, czy nie, nie jest on w stanie być odpowiedzialnym za wszystko.
Wysłuchując sprawozdania znajomych obecnych na meczu Asseco Prokomu z Kotwicą Kołobrzeg, który mistrzowie Polski niespodziewanie przegrali, z całkowitą powagą należy stwierdzić, iż gdyński zespół (przynajmniej tamtego wieczora) był we władaniu Szubargi. Szubargi, który rozgrywał dopiero swoje trzecie zawody w PLK w tym sezonie. Szubargi, który pauzował z powodu kontuzji pół roku. Szubargi, dla którego był to dopiero trzeci mecz w życiu rozgrywanym dla zespołu euroligowego.
„Szubi” jest drugim najlepszym polskim rozgrywającym, który w ciągu ostatnich dwóch lat zrobił spore postępy – głównie dzięki EuroBasketowi oraz przygotowaniach do niego. Reprezentacja dała mu tak wiele, że nie jest już tylko grajkiem podwórkowym, a Euroliga jak najbardziej wydaje się być w jego zasięgu. Bo, skoro jest w zasięgu Grzegorza Szczotki, Adama Łapety czy Adam Hrycaniuka… Jest wielkim pracusiem, bardzo charakternym zawodnikiem, który na boisku niczego się nie boi – ani rzutów trzypunktowych, ani walki z wyższym od siebie o 40 centymetrów podkoszowym. Do tego pewnością siebie bije wszystkich pozostałych Polaków Prokomu na łeb, na szyję.
Owszem, można się było zatem spodziewać, że w dalszej pespektywie będzie mógł odgrywać u Tomasa Pacesasa – głównie w rozgrywkach ekstraklasy – znaczącą rolę, ale żeby z miejsca?! Zastanawiałem się nad tym i oprócz wielkiego szacunku dla samego Szubargi, który niczym Marcin Wasilewski tuż po urazie, nigdy „nie cofa nogi”, przychodzi mi do głowy tylko wielkie załamanie, jakie przeżywa w tej chwili Prokom. Załamanie smutne – wszak fiaskiem dla tego zespołu zakończyły się już trzy z czterech tegorocznych celów – klęski w Eurolidze, Zjednoczonej Lidze VTB oraz Pucharze Polski mówią same za siebie.
Skoro w zespole mistrzów grają takie tuzy polskiego basketu jak wspomniane wcześniej trio + Robert Witka, to coś jednak musi być na rzeczy. Wydaje mi się, że Krzysztof Szubarga przeszedł po prostu z zespołu solidnego do, co najwyżej, takiego z potencjałem (w postaci budżetu oraz zawodników zagranicznych).
Nie jest to inna liga, ekipa, z którą nie da się już walczyć, która dominowałaby jak dawniej. Widzimy to zresztą od początku tegorocznego sezonu. Tym, którzy jednak dotąd (z różnych względów) tego nie dostrzegali, wzrok przywrócił właśnie „Szubi”.
Podobne Rzeczy:
- Szef niewolnikiem pracownika
Krok w tył – tak najkrócej można określić sezon w wykonaniu, ciągle jeszcze pozostającej wizytówką naszego kraju, drużyny Asseco Prokomu... - Śląsku przybywaj
Dziwna w tym roku ta ekstraklasa. Niby jest dominator, na którego mecze przynajmniej teoretycznie powinny ściągać tłumy, niby stawka jest... - CudaWianki Asseco Prokomu
Od kilku już lat wmawiają mi, że w tym klubie pracują naprawdę tęgie głowy. Że ich strategie marketingowe, sportowe czy... - Ile kosztuje złoto?
Oprócz wyniku 88:79 dającego w wielkim finale PLK pomiędzy Asseco Prokomem a PGE Turowem prowadzenie w serii 1:0 obrońcom tytułu...
Otagowane jako: Asseco Prokom Gdynia, ekstraklasa, Euroliga, Krzysztof Szubarga, PLK, TBL, Tomas Pacesas



