Liga piłkarskich Bogów na biskupińskim Olimpie

Napisane 9 marca, 2011 przez shla w Piłka Nożna

Takiego spotkania Barcelona jeszcze w tym roku nie rozegrała. Ba, nie wiem nawet czy tak dominujący i jednostronny mecz zdarzył się jej w czasach, od kiedy na ławce zasiada Pep Guardiola. Piłkarze z Katalonii wygrywali już co prawda wyżej, dodatkowo nie tracąc przy tym żadnych bramek, lecz na pewno nie na TAKIM etapie, w TAKICH rozgrywkach, nie z TAKIM przeciwnikiem i nie pod TAKĄ presją.

Napisać, że Barcelona pokonała Arsenal Londyn po zawodach doskonałych, to jakby nie napisać nic. Spróbować opisać kolejne akcje najbardziej kreatywnego ofensywnego trio w historii sportu (tak, biorę tu pod uwagę wszystkie dyscypliny sportowe włącznie z tymi, na których się nie znam, których nie oglądam i o których nie słyszałem…), czyli Messi-Iniesta-Xavi, z góry skazane jest na niepowodzenie.

Tego wieczoru na Camp Nou Aresnal nie istniał. Nie mógł. Barcelona bawiła swoich kibiców rozgrywając akcje bez przeciwników, ścigając się jedynie ze swoimi cieniami wielokrotnie triumfując. Wymieniana przez Katalończyków prawie przez 70% czasu piłka nie przemieszczała się pomiędzy ich nogami jak po sznurku, a raczej grubej, stalowej linie, której nikt i nic nie było w stanie przerwać. Arsen Wenger był bezradny jak nigdy. Kompletnie nie mógł znaleźć rozwiązania na to w jaki sposób jego piłkarze mają przeprowadzić piłkę na atakowaną stronę boiska. Problem skądś znany, prawda? A no kłania się polska ekstraklasa

Nie oddając na bramkę Barcelony ani jednego strzału, kopacze z Londynu nie tyle poddali w wątpliwość swoją klasę, co przede wszystkim potwierdzili galaktyczność obecnej formacji wszechmocnej Barcelony. Pamiętajmy przecież, iż w momencie pierwszego gwizdka arbitra zawodów, gospodarze ten mecz przegrywali – w ćwierćfinale sensacyjnie byli Anglicy. A piłka nożna to przecież taki sport, w którym nie tylko częściej niż gdzie indziej zdarzają się cuda, lecz łatwiej niż gdzie indziej zamurować bramkę umiejętnie się broniąc i kompletnie nie myśląc nad przeprowadzeniem ataku innego niż kontra.

Barca musiała zatem nie tylko od pierwszych minut przejąć inicjatywę będąc pod presją czasu, lecz musiała także toczyć walkę w swoich głowach. Nie łatwo jest przecież wygrywając na terenie przeciwnika już 1:0 wracać do domów mając spotkanie w plecy… Wiadomo było z jakim nastawieniem na to spotkanie wyjdzie Arsenal. Wiedział to każdy – wszak w otwartej bitwie na terenie Barcy rady by nie dał nawet uzbrojony po zęby oddział komandosów. Duma Katalonii tym bardziej zasłużyła więc na uznanie, gdyż nie tylko nie straciła głowy, lecz przede wszystkim nie waliła nią w mur, a używała do myślenia. Z każdej opresji wychodziła obronna ręką w stylu, jakiego ja nigdy chyba nie widziałem.

Bezcelowe są  próby opisania jak bajeczną technikę operują Katalończycy. Nie ma co przypominać, iż Leo Messi z pewnością poranne jajko na miękko obiera właśnie lewą stopą, a Andres Iniesta swymi dolnymi kończynami wiąże krawat. Każdy przecież zdaje sobie sprawę, że Xavi Hernandez z piłką obchodzi się łagodniej niż Jolanta Kwaśniewska z małym palcem u ręki podczas podnoszenia porcelanowej filiżanki z herbatą, a Dani Alves wykłady z oddychania już dawno temu dawał samemu Michaelowi Phelphs’owi.

Barcelona swe koronkowe kreacje szyła po wcześniejszych konsultacjach u największych projektantów świata mody. Grała tak pięknie, że człowiek siedzący przed telewizorem nie tylko kręcił z niedowierzaniem głową, lecz po prostu zaczynał się śmiać zupełnie jakby zobaczył coś, czego przecież widzieć nie mógł. Chwilami wydawało mi się jakbym miał omamy, jakby kolejne wymieniane przez Barcę w tempie pedałowania nogami kolarzy torowych piłki były mało śmiesznym żartem, wytworem mojej chorej wyobraźni.

To nie była Liga Mistrzów. To była Liga piłkarskich Bogów. A ja nie byłem w Localu, tylko na biskupińskim Olimpie.

Podobne Rzeczy:

  • Real-Barcelona – utracona magia
    Nikt nie lubi wymiotować, choć czasami przynosi nam to ulgę nieporównywalną z niczym innym – to znaczy przynosi Wam, bo...
  • Life’a a bitch
    Kontuzja Wojciecha Szczęsnego na dobre pogrzebała jego szanse na zaistnienie w bramce Aresnalu Londyn w kolejnych miesiącach, a może i...
  • Ligi Mistrzów tort słodko-kwaśny
    Piłkarski torcik tegorocznego sezonu Ligi Mistrzów swą bazę już posiada, czas zacząć ozdabiać go ulubionymi przez kibiców futbolu owocowymi przebraniami....
  • Da się lubić zespoły Mourinho?
    Podczas dość nietypowo dla siebie uważnego śledzenia półfinałów Ligi Mistrzów – zwłaszcza rywalizacji w parze Barcelona – Real – nie...
Share on Twitter
Share on Facebook

1 komentarz do “Liga piłkarskich Bogów na biskupińskim Olimpie”

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)