Lukrowane pączki, czyli Janka i Mirka popis w Orange Sport

Napisane 25 stycznia, 2011 przez shla w Koszykówka & Polska

„Panowie, to ma być siłownia? To jakieś pieszczoty nie siłownia” – mówił w niedzielnym programie Orange Sport Janek, były prezes PLK. – „Ja tam siłowni nigdy nie lubiłem, chociaż jako pierwszy trener w Polsce – i to wiem na pewno – wprowadziłem do koszykówki trening siłowy” – przechwalał się Mirek, ekspert TVP. Niedzielna debata o koszykówce w programie „Siłownia” dostarczyła mi więcej wrażeń niż 3 sezony „Mam Talent”…

Emitowana w ostatnią niedzielę „Siłownia” miała na celu rozstrzygnięcie sporu – czy Roman Ludwiczuk pogrążył czy zbawił polską koszykówkę. Na niespełna tydzień przed Walnym Zjazdem Delegatów, który 29 stycznia ma wybrać prezesa Polskiego Związku Koszykówki, do studia Orange Sport zostali zaproszeni kontrkandydaci – ubiegający się o fotel szefa Związku Grzegorz Bachański oraz obecny prezes Roman Ludwiczuk. Ze względu na to, że ten drugi zaproszenie odrzucił, realizatorzy postanowili zmienić nieco formę programu. Zaproszono tylko ekspertów: Mirosława Noculaka z TVP Sport, Marka Ceglińskiego z Rzeczpospolitej, Rafała Tymińskiego z Przeglądu Sportowego oraz Janusza Wierzbowskiego, byłego prezesa PLK.

Jako, że goście w swoich koszykarskich poglądach diametralnie się od siebie różnili, można się domyślać, że było wesoło. Za opcją „ludwiczukowską”, co przyznam mocno mnie zdziwiło, jako pierwszy opowiedział się Noculak. Z Mirkiem rozmawiałem wielokrotnie (nie tylko o tym, że namiętnie ogląda mecze koszykarskiej NCAA oraz, że niedawno udało mu się zrealizować jedno ze swych marzeń, czyli zagrać swojej mamie „Happy Birthday” na saksofonie…) lecz przede wszystkim o naszym, własnym koszykarskim podwórku. Jako, że zarówno on, jak i ja gadułami jesteśmy okropnymi szybko znaleźliśmy wspólny mianownik – była nim. m.in. absolutna krytyka Romana Ludwiczuka. Nie zgadzaliśmy się co do niektórych spraw, lecz na tym polu obaj sobie przytakiwaliśmy. Kilkakrotnie rozmawialiśmy podczas polskiego EuroBasketu półtora roku temu, później spotykaliśmy się na meczach ligowych w Polsce, spostrzeżenia wymienialiśmy telefonicznie nawet stosunkowo niedawno.

Możecie sobie zatem wyobrazić moje zdziwienie, gdy z usta Mirka pada deklaracja o poparciu kandydatury Romana Ludwiczuka. Gdy po „trzymaniu się faktów” Noculak zaczął prawić na cześć skompromitowanego ostatnio w Wałbrzychu senatora PO peany, zacząłem się domyślać, że coś jest nie tak. Zrobiłem pauzę i wykonałem kilka telefonów. Nagle wszystko się wyjaśniło. Otóż Mirosław Noculak, jeden z największych krytykantów obecnej związkowej władzy, otrzymał niedawno propozycję pracy dla PZKosz-a. W porozumieniu z Ludwiczukiem zadzwonił do niego legendarny trener Ludwik Miętta-Mikołajewicz (obecny prezes Wisły Can-Pack Kraków) z propozycją nie do odrzucenia. Noculakowi zaproponowano posadę w Wydziale Szkolenia, której ten oczywiście (z wiadomych przyczyn: gdy dzwoni TAK ZNAKOMITA postać jak Miętta-Mikołajewicz odmówić nie wypada) oprzeć się nie mógł. Z wiadomych względów musiał zatem radykalnie zmienić swoje podejście do Ludwiczuka, co niczym grzeczny chłopczyk uczynił.

A więc zaczęło się wymienianie fikcyjnych zasług Ludwiczuka z dwoma występami na EuroBaskecie włącznie, wyciągnięcie Związku z długów, zarzuty do pozostałych rozmówców odnośnie wyciągania afery wałbrzyskiej – bo przecież, to co prezes robi w polityce nijak się ma do jego poczynań w sferze koszykówki… DOPRAWDY?! To przecież tak jakby twierdzić, że to, co poniektórzy księża wyrabiają ze swymi ministrantami na zakrystii, nijak się ma do tego co robią przy ołtarzu czy na ambonie prawiąc ludziom kazanie.

Grający w jednym teamie Noculak z Wierzbowskim dali w Orange Sport koncert. Janek, który raz po raz otrzymywał czy to od prowadzącego czy też siedzącego obok Rafała Tymińskiego siarczystą porcję gęstej flegmy między oczy, po prostu się wycierał, podnosił głowę i mówił, ze pada deszcz. Co chwilę prosił, żeby trzymać się faktów samemu umiejętnie od głównego tematu rozmowy czy pytań prowadzącego uciekając. Jego hasła adresowane do Marka Ceglińskiego (o formie samych dziennikarz za chwil kilka) pt. „wystawianie laurki Bachańskiemu”, „lukrowane pączki” dla Bachańskiego, „jak napisał twój synek w Gazecie Wyborczej” były dosadne, atakujące, mocno zapewne przemyślane ale i nieco chamskie oraz prowokujące. Z pewnością Wierzbowski przed wejściem do studia zrobił w głowie szybką kalkulację przy kim na co może sobie pozwolić. Przyznam szczerze – przy bojącym się własnego cienia i bez przerwy mówiący ciągle o jednym i tym samym, czyli wyborze selekcjonera reprezentacji, sam dziennikarza „Rzepy” bym atakował. Wiedziałbym, że nic mi z jego strony nie grozi – żaden wyciągnięty brud z mojej przeszłości, który mógłby mnie nieco zbić z tropu bądź sprowokować do wycofania się, czy nawet zdyskredytować. Ciągle nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że gdyby w miejsce starszego Ceglińskiego wstawić młodszego Łukasza, rozmowa mogłaby przybrać inny kierunek.

Bo Rafał Tymiński nie dość, że się spóźnił to i mówił mało i niechętnie. Zanim zabierał głos, przepraszał i pytał się czy może coś powiedzieć… Ręce opadają. Wiadomo, że należy zachowywać się fair, lecz nie w chwili, gdy nad naszymi głowami latają krzesła, kufle piwa (choć Noculak zarzeka się, że jest abstynentem od kilkunastu lat… znajomi mówią jednak co innego), a barman już dawno siedzi pod ladą szukając nienabitej dwururki… Pan Szymon, czyli gospodarz programu, nie za bardzo panował nad sytuacją w studiu, choć swoją drogą nie wiem, czy rozjuszonego Wierzbowskiego byłoby w stanie zatrzymać cokolwiek innego, niż skład pociągu towarowego pędzący z Wrocławia do Warszawy. Aha, zapomniałem o Romanie. Wystarczy bowiem, że ten powie jedno słowo, a Janek już z kapciami i gazetą w pysku przy nodze…

Mirek i Janek dali show. Było mało merytorycznie, aczkolwiek bardzo śmiesznie. Choć nie była to potyczka zawodników tej samej wagi. Bo o ile Janek jest już wiekowy, to w latach swej świetności chodził w ciężkiej, a i Mirkowi z roku na rok przybywa kilogramów obecnie startując w junior ciężkiej. Marek Cegliński to najwyżej lekka, natomiast „Tymin”, to w walce na argumenty w telewizji ciągle jeszcze „papierówka” – mimo, że jak wspomniał ma już na karku 30 lat… Niestety forma przelewana z klawiatury komputera na łamy gazet czy też portali internetowych, to nie to samo co „siłówka” twarzą w twarz przy włączonych kamerach.

Pojedynek jednostronny, czas bynajmniej niestracony. Dla kilku mistrzowskich tekstów pary zwycięzców warto poświęcić godzinkę. Materiał znajdziecie tutaj.

PS O wyborach prezesa PZKosz-a, które już w 29 stycznia, wkrótce. Warto wiedzieć, jakie są możliwe scenariuszu i dlaczego niektórzy będą głosować tak, a nie inaczej. Stay tuned.

Podobne Rzeczy:

  • PZKosz nie PZPN – beton pękł
    Szczerze przyznam, że takiego obrotu spraw się nie spodziewałem. Owszem, miałem swojego faworyta, lecz im bliżej było ostatecznego rozstrzygnięcia, tym...
  • Polski okręt bez sternika
    130 dni pozostało do otwarcia mistrzostw Europy koszykarzy na Litwie. Na EuroBasket 2011 tylnymi drzwiami – otworzonymi rzekomo przez dobrego...
  • All-Star Popis
    Oprócz siedzącego w pierwszym rzędzie Stevie’go Wondera żartów nie było żadnych. Niech ci, którym nie chciało się podnieść z łóżka...
  • Mecz Gwiazd Kalisz 2011 – relacja, jakiej nie znacie
    Byłem, zobaczyłem, przeżyłem. Ba, nawet siedziałem w pierwszym rzędzie. Wszystko to, co chcielibyście wiedzieć o niedzielnym Meczu Gwiazd Tauron Basket...
Share on Twitter
Share on Facebook

1 komentarz do “Lukrowane pączki, czyli Janka i Mirka popis w Orange Sport”

  1. Ky pisze:

    Sitwa ma się w najlepsze.

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)