Zawsze dużo mówił. Krótko po tym jak zaczął grać w koszykówkę i trafił do młodzieżowej reprezentacji Polski powiedział, że kiedyś zagra w NBA. Nie tylko Maciej Lampe szeroko się uśmiechnął. „Pewnie „Gorti”, na pewno tam trafisz” – ironizowali wszyscy… Po kilku latach dopiął swego. To jednak, co wyprawia po wyczekiwanym transferze do Phoenix jego niezamykająca się jadaczka irytuje nie tylko mnie, jego wielkiego fana…
Wszyscy zapewne doskonale pamiętają, to co po najważniejszych, przegranych spotkaniach kadry podczas EuroBasketu 2009 w Polsce mówił Gortat: niektórzy zawodnicy powinni się zastanowić nad tym czy zależy im na grze w koszulce z orzełkiem na piersi; niektórzy powinni spojrzeć w lustro i zapytać się czy tego dnia dali z siebie wszystko, czy zależy im na wygrywaniu. Niektórzy to, niektórzy tamto – zero samokrytyki, gorzkie słowa tylko i wyłącznie skierowane do kolegów z drużyny i wprost do telewizyjnych kamer oraz reporterskich dyktafonów. Nie w szatni, nie w twarz reprezentacyjnego kolegi. Do mediów.
Zdenerwowało to oczywiście niektórych kadrowiczów z Michałem Ignerskim oraz Szymonem Szewczykiem na czele. Gortata tłumaczył po turnieju trener kadry Muli Katzurin – mówił, że Marcin jest już bardzo przesiąknięty amerykańską kulturą, że tak naprawdę traktuje go już bardziej jak Amerykanina, a nie Polaka. A Amerykanie nie potrafią przegrywać, zwykle niewiele robią sobie z krytyki, gdyż są do niej przyzwyczajeni. Oczywiście Gortat miał w swoich „wywodach” nieco racji, jako lider zespołu, jeden z niewielu koszykarzy kadry, którzy nie zawiedli miał prawo być sfrustrowany – forma, jaką wybrał aby dać jej swój upust była jednak niegodna i dla reszty graczy niesprawiedliwa.
Warto zauważyć, że Gortat klepie ozorem tylko, gdy jest pewny swojej pozycji, gdy czuje się liderem stada. Powrót do Orlando zawsze z powrotem robił z niego mini maskotkę drużyny z Florydy, kogoś z kogo Dwight Howard może się nieco pośmiać, pożartować, pokpić. Podczas trzech lat, jakie Gortat spędził w Orlando niewiele się od niego dowiedzieliśmy. Nawet podczas oficjalnych wywiadów dla polskich mediów uważał na swoje słowa, choć nie zawsze – raz (do czego się jednak nie przyznał twierdząc, że wymyślił to niekompetentny dziennikarz) skrytykował trenera Stana Van Gundy. Ostrożnie mówił tylko, że czeka cierpliwie na szansę, że wydaje mu się, że gdzie indziej miałby okazję do lepszej gry. Takie zachowanie jak najbardziej można zrozumieć. Tam, gdzie człowiek czuje się pewnie (jak Gortat w reprezentacji) zachowuje się inaczej, to zrozumiałe. Tam, gdzie jego pozycja znaczy bardzo niewiele (jak w Orlando) przed szereg się nie pcha.
Co zatem skłoniło go do udzielania tak stanowczych i ostrych wywiadów zaraz po transferze do Phoenix? „Myślę, że musimy zasuwać na siłowni każdego dnia po trzy godziny i po prostu uczyć się rotacji. Musimy uczyć się wszystkiego od początku. Jest tak wiele rzeczy, które robimy źle i po prostu nie mogę na to znaleźć wytłumaczenia”, „Próbuję robić jakieś zbiórki i bloki, ale niestety nie mam zbyt wielu okazji do zbierania piłek. Nie gramy wystarczająco twardo. Pozytywne jest to, że gorzej już być nie może” – mówił m.in. nasz rodzynek w NBA po rozegraniu pierwszych kilku meczów w barwach nowej drużyny. Mówił sporo i ładnie, problem w tym, że sam, mimo wielu minut, nie grał wcale lepiej niż w Orlando mając do dyspozycji ok. 10 minut.
Podsumujmy więc jego dotychczasową grę dla Suns. Na plus z pewnością można zaliczyć niezłe wykorzystywanie podań od Steve’a Nasha pod samym koszem (tak zdobywa właśnie punkty) oraz łapanie przeciwników na faule ofensywne – i to wszystko. Gortat nie prezentuje się tak, jakbyśmy się tego po nim spodziewali. W ataku pozycyjnym Phoenix biega jak oszołom próbując postawić zasłonę każdego graczowi, który ma akurat w rękach piłkę – co z tego, że jest to np. lubiący grać jeden na jednego Grant Hill. Zdarzają się też Gortatowi niesamowite grzyby spod samego kosza, niewykończone lay-upy, czy błędy kroków. W ogóle nie interesują go akcje indywidualne – nie próbuje grać ze swoim obrońcą jeden na jednego, nie walczy o pozycję pod koszem. Zaledwie trzy razy podczas wszystkich swoich dotychczasowych meczów w barwach nowego zespołu odwrócił się z piłką przodem do kosza i wykorzystując swoją sprawność i zdolność wybicia się z jednej nogi skończył akcję lewym czy prawym półhakiem – wiem, bo oglądałem wszystkie jego mecze. Trochę to mało, jak na gracza, który będąc w Orlando narzekał na zbyt mało podań…
Jeśli notuje zbiórki, to tylko na desce bronionej – w momencie oddania rzutu przez jego kolegę z zespołu odwraca się na pięcie i wraca do obrony, zamiast próbować walczyć na atakowanej desce. No i rzecz mnie najbardziej irytująca – Gortat stanowi absolutne zero zagrożenia pod własnym koszem w obronie. Nie skacze do bloków będąc po stronie słabej odpowiadając za rotację. Nie widziałem ani jednego przypadku, aby Gortat zablokował wchodzącego pod basket rozgrywającego obozu przeciwnego. Jeśli już notuje bloki, to tylko i wyłącznie na zawodniku, którego akurat broni.
Wiem, że Gortat zaczął grać w basket bardzo późno i choć jest szybki, silny i bardzo mobilny niektórych rzeczy już się nie nauczy. Nie ma co zatem wymagać od niego manewrów Pau Gasola czy chociaż Andrew Bynuma. Gortat zawsze był typem pracusia, który wszystko co w tej chwili posiada (miejsce w NBA, wysoki kontrakt) zawdzięcza tylko i wyłącznie ciężkiej pracy – i chwała mu za to. Po co jednak to psuje niepotrzebnymi, krytykującymi wypowiedziami zachowując się jak rozkapryszona gwiazdeczka, której nagle coś nie pasuje? Po co chce za wszelka cenę pokazać, że jest już w tej lidze czwarty rok biorąc to za zielone światło do krytyki swoich nowych kolegów z drużyny? To zupełnie nie trzyma się kupy. Chciał Gortat większej liczby okazji do zaistnienia w ataku, więc ją ma – gra w zespole ze Steve Nashem, jest częścią jednej z bardziej ofensywnie nastawionych ekip ligi. Tyle razy mówił, że aby pokazać się ofensywie potrzebuje piłki w rękach – teraz, gdy ją ma – oddaje na obwód i biegnie postawić pick&rolla… Jak dla mnie hipokryzja w najczystszej postaci. Pamiętać Gortat powinien jedno – nie ma co robić z mordy cholewy, bo w wielu oczach można stracić. W moich, poprzez takie zachowanie, z pewnością nie zyskuje…
Podobne Rzeczy:
- Gortata walka z baranami
Zamiast bronić krzyża, stawiać pomniki oraz tablice upamiętniające wydarzenia pod Smoleńskiem Polacy powinni spróbować przeforsować w sejmie pomysł o zakupie... - Prowizorka w trzymaniu kciuków
Skoki oglądam tylko i wyłącznie dla Małysza. Formułę 1 tylko i wyłącznie ze względu na Kubicę. Jazdę figurową na lodzie... - Narodowa masturbacja
Nie chciałem pisać o meczu Marcina Gortata z Los Angeles Lakers. Nie chciałem, bo wiedziałem, że ludzie po przejrzeniu nagłówków... - Wakacje w Poniewieżu
Maciej Lampe w Teatrze Lalek na wozie, Marcin Gortat na międzynarodowym sympozjum ceramiki, a Łukasz Koszarek na przejażdżce linią kolei...




Co za bzdury ty tu wypisujesz?!
Gortat swoje krytyczne wypowiedzi po przejsciu do phx podpierał tym ze nie widze takiego nastawienia i pracy do jakiej byl przyzwyczajony w Orlando. Badz co badz, Phx mimo całkiem niezlego składu radza sobie b. słabo, 10-11 miejsce w konferencji, skads to sie bierze. Wydaje mi sie ze etyka pracy w Orlando była jednak wieksza niz w Phx.
Co powiesz jednak na 3 ostatnie mecze Marcina? 3 razy pod rzad double-double. To wg ciebie malo, jak na gracza wychodzacego z ławki? Porownaj z nim pierwszego Centra phx – Lopeza.
@jestem tu po raz pierwszy
1. Tekst powstał zanim Gortat zaliczył 3 double-double z rzędu – wszyscy wiem, że grał bardzo słabo, wręcz rozczarowująco.
Jeśli już jesteśmy przy jego statystkach – oglądałem tak jego ostatnie 3 spotkania, jak i wczorajsze z Sixers – mogę przyklasnąć przede wszystkim za agresję w obronie i determinację na tablicach. W ataku w dalszym ciągu nie gra jeden na jednego (a Lopez już tak) – a właśnie o większej możliwości gry w ten sposób tak wiele mówił będą sfrustrowanym w Orlando za Howardem – i o to właśnie mi chodziło – o zbyteczne, jak się okazuje puste, gadanie. Jeśli chodzi o to, że wychodzi z ławki… Nie liczy się kto zaczyna mecze, a ten kto je kończy – Gortat grał w nich średnio grubo ponad 30 minut i trudno w takich spotkaniach nazywać go rezerwowym. Dlaczego tak jest, odsyłam do wywiadów z Alvinem Gentry
2. Nic, absolutnie nic (a tym bardziej pierwsze w życiu przejście do innego zespołu) nie uprawniało go do wypowiadania takich słów w zespole, w którym grają 37-letni Nash i 38-letni Hill.
Moim zdaniem przez swoje gadanie stracił w wielu oczach.
3. Jeśli będzie robił postępy w kolejnych spotkaniach i piął się w górę nie omieszkam napisać o tym.
Pozdrawiam
shla,
ale nie możesz oceniac Marcina po tych kilku meczach!!! On jeszcze nie ogarnia się dobrze w rotacjach to jedno, ale zwróć uwagę także na fakt, że w pierwszym meczach Gentry wykorzystywał jego w zmianie wraz z Dragicem, które mu praktycznie nic podawał bo nie ufał. Twoj artykuł z całym obiektywizmem jaki potrafie w sobie znaleźć jest bardzo krzywdzący. Suns to typowy zespół offensywny poza Pietrusem i Gortatem no może VC nikt, ale to nikt nie interesuje się defensywą. Kolejnym aspektem jest także fakt, że Gentry jest słabym trenerem i ta gra wygląda tak, a nie innaczej. A co do krytyki kolegów to popieram Marcina w 300% skoro nic nie grają to trzeba mówić o problemach kadry medialnie bo to o wiele szybciej da jakiś efekt niż jakieś kulawe pogadanki między sobą. Jeśli ktoś przyjeżdza na kadre żeby pić i grać na 50% to ja nie chce nawet tego zawodnika widzieć w szerokiej grupie aspirującej do gry z orzełkiem. A co do gadania i utraty w oczach kolegow z Suns to proponuje zapoznać się z artykułem, z dnia dzisiejszego tj 27.01.2011, w którym do jego krytyki względem gry zespołu przyłącza się sam Nash.