Szczerze? Nie pamiętam kiedy ostatni raz cieszyłem się z czyjegoś nieszczęścia tak bardzo, jak z drugiej kolejnej porażki w półfinale konferencji zachodniej LA Lakers. Uwielbiam gdy do mieszanki kolorów złota i purpury podchodzi ktoś z pistoletem do Paintballa i bez mrugnięcia okiem pakuje w nie cały magazynek. Cieszę się podwójnie, tym bardziej że tym, który zapewnił Philowi Jacksonowi ból brzucha przynajmniej do piątku, jest liliput z Portoryko.
Kolejna seria tegorocznych play-offów NBA, i kolejne przegrane w meczach przed własną publicznością obrońców tytułu. Zacieram ręce z podniecenia na samą myśl o tym, że magiczny wynik Phila Jacksona, czyli 48:0 w seriach play-offów, w których jego drużyny wygrywały mecz otwarcia serii, tym razem będzie nieadekwatny. Bo gdyby Lakers wygrali mecz numer 1, prawdopodobieństwo odpadnięcia z Mavericks byłoby tak wielkie, jak bicepsy Woody Allena.
Dwa pojedynki we własnej hali i dwie porażki. Taka sytuacja nie przytrafiła się Lakers od 1977 roku, kiedy w ich barwach grał taki dziadek jak Kareem Abdul-Jabbar, a zespołem zawiadywał Jerry West. Ekipa z Miasta Aniołów gładko przegrała wówczas serię z Portland Trail Blazers 0-4, również mając przewagę własnego parkietu i rozpoczynając serię starciami u siebie.
Lakers po raz drugi nie dali rady Mavericks nie tylko dlatego, że nie mogli trafić z dystansu (przestrzelonych pierwszych 15 prób…), Pau Gasol zamienił się na okres play-offów głowami i jajami z młodszym bratem Markiem, a Lamar Odom nie był w stanie zatrzymać pokracznego jak sylwetka śp. Przemysława Gosiewskiego Dirka Nowitzkiego. W meczu numer dwa rozszalała się bowiem najdrobniejsza koszykarska pchła, jaka ostała się jeszcze o tej porze rozgrywek na parkietach najlepszej ligi świata. Maciupeńka, wredna wesz, oficjalnie mierząca 183 cm wzrostu, a nieoficjalnie pewnie ze 40 mniej.
Swymi szaleńczymi penetracjami, kolejnymi slalomami pomiędzy wyższymi o trzy głowy obrońcami Lakers, siała spustoszenie – albo zdobywała w końcówce punkty albo zaliczała asysty. Swym szybkim kozłem i jeszcze szybszym stawianiem stóp irytowała graczy gospodarzy do tego stopnia, że rozchwiany emocjonalnie Ron Artest (coraz częściej przypominający mi Cheswicka z „Lotu nad kukułczym gniazdem”) nie wytrzymał, i za niesportowe zachowanie prawdopodobnie zostanie ukarany zawieszeniem na kolejny mecz.
Jose Juan Barea, rezerwowy rozgrywający Dallas Mavericks, nigdy nie został wybrany w drafcie do NBA. W 2006 roku wziął jedynie udział w rozgrywkach Ligi Letniej licząc na podpisanie umowy jako „wolny agent”. Udało się dzięki solidnej postawie z jednym z przedsezonowych turniejów. Barea podpisał wart 400 tysięcy dolarów roczny kontrakt z ekipą z Teksasu, miał liczne „przygody” w D-League. Nigdy się jednak nie poddał i trochę dzięki uśmiechowi od losu (kontuzje podstawowych obwodowych Mavs) w końcu związał się z Dallas na dłużej w pełni wykorzystując swoją szansę. Przed tym sezonem jego dotychczasowy pracodawca zdecydował się na przedłużenie z nim umowy o kolejny rok – oczywiście za psie jak na NBA pieniądze – 1,8 mln dolarów (dziesiąta płaca w zespole), a Barea swą energią i sprytem spłaca dług wdzięczności.
Oglądając drugi mecz półfinału konferencji zachodniej pomiędzy Lakers a Mavericks, widząc jak najmniejszy na boisku skurczybyk prowadzi swój zespół do wielkiej wygranej, czułem satysfakcję podwójną. Siedem lat temu bowiem, podczas całodziennej wycieczki do Bostonu, wybrałem się na mecz koszykarskiej NCAA, na spotkanie grających u siebie Northeastern z Hartford. Do wygranej gospodarzy poprowadził – tak jak wczoraj na parkiecie Staples Center – J.J. Barea, zdobywca 23 punktów i 5 asyst. Mało kto wierzył wówczas, iż dostanie się on kiedyś – głównie ze względu na nikczemny wzrost – do NBA. I niech jego historia – trochę podobna do tej Marcina Gortata – będzie przykładem, dla wszystkich trenujących basket „maluchów”. Że, mimo wszystko, można.
Podobne Rzeczy:
- Stary człowiek nie może
Ależ to był comeback. Spektakularny prawie tak jak kolejne miłosne podboje Charlie’ego Runkle’a za wszelką cenę podążającego za trzycyfrową liczbą... - Jedno mistrzostwo, a tyle uleczonych dusz
Gdyby Los Angeles Lakers ponownie zdobyli mistrzostwo NBA, bylibyśmy świadkami historii wyjątkowej, chwytającej za serce nawet tych, których organ ten... - White Power
Wątpliwości co do tego czy Mike Brown – nowy szkoleniowiec Los Angeles Lakers – poradzi sobie z trudnymi hollywoodzkimi charakterami... - Po mistrzostwo wysoko sięgającymi ramionami
Jeśli ktoś w dalszym ciągu uważa, że powtarzana do znudzenia przez wszystkich koszykarskich ekspertów w Stanach fizyczna dominacja, przewaga wzrostu...




„Mimo wszystko,można!”