NBA playoffs – to nie jest czas dla starych ludzi

Napisane 27 kwietnia, 2011 przez shla w Koszykówka & NBA

Jeszcze kilka tygodni temu byli najgorętszym – nie tylko ze względu na klimat panujący w Teksasie – teamem w lidze, który zdawał się cierpieć na przypadłość  Benjamina Buttona. Lecz dopiero play-offy – czas weteranów – miały pokazać ich prawdziwą siłę – kolejny rok nieparzysty miał zakończyć się ich kolejnym mistrzostwem. Triumfuje jednak Charles Barkley, który od dawna powtarza, że koszykówka  nie jest dyscypliną dla starych ludzi.

San Antonio Spurs przez cały sezon regularny prowadzili we wszelakich rankingach (oprócz – niezmiennie – tych popularności, na których, jak polska reprezentacja, są na czelne dopiero wówczas, gdy odwrócimy tabelę…), udowadniali, że mają niebywałego nosa do koszykarskiego recyclingu (czyli doprowadzenia do stanu używalności Richarda Jeffersona, wyciągnięcia znikąd Gary’ego Neala, dania szansy Mattowi Bonnerowi, puszczenia mimo oczu faktu, że DeJuan Blair funkcjonuje w zawodowym sporcie bez wiązadeł krzyżowych), jak nikt potrafili zadawać chłam plotkom o sportowej emeryturze, pokazywać, że rozwody jednak się opłacają…

Jak niemal każdej drużynie NBA, im również przytrafił się słabszy okres, co jest przy osiemdziesięciodwumeczowym sezonie regularnym zjawiskiem powszechnym. Co prawda nastał w momencie najmniej do tego odpowiednim – ironia losu, ileż to razy wnosząc na drugie piętro mebel, akurat zadzwonił wam telefon? – lecz końcówkę rundy zasadniczej zakończyli Spurs już kilkoma wygranymi z rzędu, co ponownie pozwalało sądzić, że powrót na odpowiednie tory stał się faktem.

Dla wszystkich czternastu fanów Spurs w tym kraju, mam jednak złe wieści – pierwsze mecze tegorocznych play-offów pokazują, że – cytując Piotra Sobczyńskiego – „nie da się upudrować starej kokoty”. Krem na zmarszczki nie pomaga, maści na reumatyzm, okłady z lodu, sok z gumijagód czy wąchanie amoniaku zdają się na nic. Spurs są na najlepszej drodze do zapisania się na kartach historii najlepszej ligi świata. Lecz nie na pierwszych, a tych z tyłu, które stanowią jedynie zjawiskowe ciekawostki, opisują wybryki, skandale, sensacje.

Jeśli Spurs, drużyna rozstawiona z numerem pierwszym w konferencji zachodniej, odpadną z rozstawionymi z „ósemką” Grizzlies, za kilka lat będzie można sobie o ich „wyczynie” przeczytać zaraz przy zdjęciach skandalicznego numeru 1 draftu Kwame Browna, pierwszego Polaka w NBA Cezarego Trybańskiego oraz skulonego pod pachą Barona Davisa Andreia Kirilenko…

Bo przypadków, aby ekipa, która zakwalifikowała się do play-offów rzutem na taśmę, wyeliminowała największych faworytów, nie było do tej pory wiele. W seriach siedmiomeczowych, które przecież faworyzują drużyny wyżej rozstawione, po prostu lepsze, zdarzyło się to tylko raz – w 2007 roku, kiedy Warriors pokonali Mavericks 4:2. Wcześniej, gdy w pierwszej rundzie grano jedynie do trzech zwycięstw, w 1994 roku Nuggets pokonali Sonics 3:2, a w 1997 roku Knicks okazali się lepsi od Heat, również 3:2.

Każdy urywki z tamtych historycznych wydarzeń doskonale kojarzy – kto wie, teraz być może zamiast pamiętać o czterech mistrzowskich tytułach jednego z najlepszych silnych skrzydłowych w historii ligi, będziemy mieli przed oczami jego serię z Memphis Grizzlies. Zamiast pamiętać zwycięski rzut nad rękami Shaquille’a O’Neala, będziemy rozpamiętywać 6 punktów w najprawdopodobniej najważniejszym spotkaniu Tima Duncana w ostatnich latach.

Jeśli Spurs nie wyrwą starcia szóstego w mieście Elvis Presleya (bo zakładam, że pojedynek piąty we własnej hali – mając mocno zaciśnięty stryczek na szyi – wygrają), to wielkie trio z San Antonio może pożegnać się z nadziejami na jakikolwiek jeszcze sukces odniesiony razem. Od dawna wiadomo było, że to ich ostatni wspólny taniec przy melodii play-offów – jeśli nie teraz, to już na pewno nie w tym wcieleniu, nie za tego żywota.

Wszystkie opowieści, nic nieznaczące frazesy, modne slogany i oklepane formułki o doświadczeniu, które w play-offach tak wiele ponoć znaczy, bez którego nie da się ponoć osiągnąć w sporcie sukcesu, będzie można z chwilą odpadnięcia Spurs z pierwszej rundy, wsadzić sobie głęboko tam, gdzie słońce nie dochodzi. Ekipa z Memphis nie tylko pierwszy raz melduje się w play-offach od 2006 roku, lecz jej zawodnicy (oprócz Tony’ego Allena i rezerwowego Shane’a Battiera) nie mają bladego pojęcia co to rywalizacja w serii. Spurs zjedli na nich zęby i co oprócz zacienionych i niewyraźnych wspomnień z nich mają? Siwy pył na włosach, żylaki na nogach i zwyrodnienia w stawach.

Nie przekreślam szans Spurs na awans do kolejnej rundy – w końcu przecież całkiem niedawno absolutnie nie wierzyłem w to, że mogą przegrać z ósmą ekipą zachodu, kimkolwiek by się ona nie okazała… Teraz wiem, że jest to możliwe, lecz krzyżyka w dalszym ciągu na niej nie stawiam. Wiem natomiast jedno – jeśli San Antonio wykaraska się z opresji, to tym, co im w tym pomogło, z pewnością nie będzie zaawansowany koszykarski wiek.

Podobne Rzeczy:

  • Nawyk w sporcie najniebezpieczniejszy
    Wydawało się, że strata pierwszego miejsca już im nie grozi. Że ponad siedmiomeczowej przewagi nad drugą ekipą swojej konferencji w...
  • Co NAPRAWDĘ znaczą nazwy klubów NBA?
    Ileż razy spotykamy się z Magikami z Orlando, Świetlistymi Smugami z Portland czy Postrzygaczami z Los Angeles? Niewiele osób potrafi...
  • NBA All-Star – składy alternatywne
    Wczorajszej nocy władze NBA podały pełne składy zbliżającego się wielkimi krokami All-Star Game w Los Angeles. Jeśli chodzi o pierwsze...
  • Nadszedł czas
    Na każdego przychodzi pora. Oszukasz ojca, oszukasz matkę, oszukasz kochankę, lecz grawitacji (tak, drogie panie!) oraz czasu oszukać się nie...
Share on Twitter
Share on Facebook

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)