New York Knicks misja niemożliwa

Napisane 22 lutego, 2011 przez shla w Koszykówka & NBA

Ściągnięcie przez nowojorskich Knicks  Carmelo Anthony’ego, który wraz z Amare Stoudemirem z pewnością stworzy jeden z najefektowniej grających duetów NBA, ma w perspektywie najbliższych lat zapewnić Wielkiemu Jabłku zdobycie mistrzostwa ligi. Mam przynajmniej nadzieję, że taki właśnie był priorytetowy cel kierownictwa Knicks, które przez ostatnie lata będąc ligowym średniakiem i tak zajmowało czołową pozycję pod względem klubowej wartości – w tym sezonie np. tylko za LA Lakers. Jeśli tak, no to mam dla nich złe wieści – nic z tego.

Ofiara, jaką trzeba było złożyć, by Denver Nuggets zdecydowali się przehandlować swoją największą gwiazdę, nie była zdawkowa. Niektórzy pewnie powiedzą, że za czterech graczy, z których żaden nie jest gwiazdą ligi, trzy wybory w kolejnych draftach oraz 3 miliony dolarów było warto. No właśnie myślę, że niekoniecznie.

Zacznijmy od tego, co nowojorczycy stracili. Przede wszystkim Danilo Gallinari’ego, których oddawać nie chcieli, lecz na którym Nuggets (prawdopodobnie by dalej go przehandlować) bardzo zależało. Włoch rozwija się w tempie zawrotnym, jak na trzecioroczniaka z Europy radzi sobie w lidze nadzwyczaj dobrze. Co być może jednak ważniejsze, jest zawodnikiem niezwykle charakterystycznym. Zadziorny, charakterny, z wielkim ofensywnym potencjałem, przy tym mający dopiero 22 lata! Przyznam szczerze, że Gallinari jest jednym z tych zawodników, po których nigdy nie wiadomo czego w danej chwili można się spodziewać – i mam tu na myśli wrażenia artystyczne. Podobnie, choć zdecydowanie na mniejszą skalę – jest w przypadku np. Omri Casspi’ego z Sacramento Kings, który naprawdę ma przebłyski geniuszu. Wokół Gallinari’ego oraz Stoudemire’a spokojnie mogliby Knicks budować swoją przyszłość. Zamarzył im się jednak Carmelo – OK, rozumiem. Ale strata to dla klubu wielka i myślę, że całkiem niedługo puszczenia „Gallo” będą w Nowym Jorku żałować.

Kolejny wielki minus wymiany, to zamiana Raymonda Feltona na Chaunceya Billupsa. I nie chodzi ani o tegoroczne, mało ważne statystyki czy osiągnięcia w karierze, a przede wszystkim o wiek oraz styl obu rozgrywających. Felton to szybki, zadziorny, młody aczkolwiek już doświadczony rozgrywający, który w systemie Mike’a D’Antoni’ego świetnie się odnalazł. Tegoroczne wyniki Knicks zawdzięczają oczywiście w głównej mierze Stoudemire’owi, lecz w równie wielkim stopniu właśnie Feltonowi. Billups, to z całym szacunkiem dla jego wielkiej kariery (był on zresztą jednym z moich ulubionych graczy w okresie dominacji na wschodzie Pistons) melodia przeszłości, która w uszach kibiców NBA z każdym kolejnym sezonem wybrzmiewa coraz ciszej, i ciszej, i ciszej… Billups (przypomnijmy, że już 34-letni) ma przed sobą 2, maksymalnie 3 sezony gry na wysokim poziomie, po którym nastąpić powinien spadek efektywności jego rozrusznika serca…

Billups całkowicie do stylu gry drużyn D’Antoni’ego oraz Knicks nie pasuje. Niegdyś to playmaker kompletny –  solidny, twardy obrońca, który świetnie rzuca za trzy punkt. W tej chwili rzadko gra jednak pick&rolle, na których bazuje przecież ofensywa SSL (seven seconds or less). Bardzo trudno mi sobie wyobrazić atak zespołu Knicks złożony ze Stoudemire’a, który nie robi nic, jak tylko gra jeden na jednego albo ścina do kosza otrzymując podanie od szybkiego, agresywnego rozgrywające (którym Billups już nie jest i nie będzie) oraz Antony’ego, który również przede wszystkim piłkę przetrzymuje w miejscu i do zdobycia punktów potrzebuje izolacji. To co, gra Knicks będzie teraz statyczna, wolna, znacznie bardziej uporządkowana? Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Felton był genialnym rozwiązaniem dla Knicks Stoudemire’a. Billups jest wodzem, mentorem dla młodszych, człowiekiem na ważne momenty. Takich graczy jednak nowi Knicks już mają. Brakować im za to bardzo będzie właśnie kogoś w stylu Feltona, czy chociażby niedocenianego, acz szalenie cennego dla Nuggets Ty’a Lawsona. Wszak Anthony Carter, którego na mocy wymiany z Nuggets Knicks również pozyskali, to już z kolei 35-latek.

Po rozmowie z kolegą, dla którego pozyskanie Carmelo było dla Knicks tzw. „no brainerem” (czyli nie było się nad czym zastanawiać, tylko spełniać życzenia Nuggets, zanim się rozmyślą) zacząłem dość intensywnie rozmyślać czy rzeczywiście jest on aż taką gwiazdą (supergwiazdą), na którą niektórzy (czy on sam) go kreują. Z jednej strony rzeczywiście potrafi zdobywać punkty na najwięcej różnych sposobów w lidze, ma najlepszą skuteczność w rzutach w decydujących momentach w całej lidze – lepszą niż Durant, Bryant czy James. Te argumenty rzeczywiście czyniłyby z niego jedną z pięciu największych gwiazd ligi. Niestety mnie one nie przekonują. Patrząc na Carmelo Anthony’ego mam przed oczami chodzącego samoluba, który, choć przez lata znajdował się w zespole mocnym, konkurencyjnym, nigdy, ale to nigdy (i biorę pod uwagę jego występ w finale zachodu kilka sezonów temu przeciwko Lakers) nie zrobił z niego ekipy naprawdę niebezpiecznej. Niektórzy mogą odpowiedzieć, że w takim razie o samo oczywiście tyczy się LeBrona Jamesa, który przegrywał z Cavs każde playoffy – ten jednak (jak pokazują chociażby tegoroczne wyniki ekipy z Cleveland) miał zdecydowanie gorszych pomocników, a poza tym raz zameldował się w finale, no i przede wszystkim w ostatnich dwóch latach wygrywał 61 i 66 meczów w sezonie regularnym. Carmelo z lepszymi kolegami nie osiągnął nawet części tego, co jego kolega z draftu.

Anthony jawi się mi się jako idealna opcja numer dwa w zespole mistrzowskiego kalibru. Niektórzy powiedzą – no to sytuacja w Nowym Jorku jest idealna, ma tam przecież Stoudemire’a. Tylko, że ten również prawdziwym liderem nigdy nie będzie, nie tylko dlatego, że dziś bardzo trudno nim być zawodnikowi operującemu nominalnie pod basketem, lecz także dlatego, że choć to ogromny talent, to charyzmy, determinacji czy woli zwyciężania Bryanta, Jamesa, Garnetta, czy nawet Duranta jednak nie ma.

Zarówno Stoudemire jak i Anthony to zawodnicy piekielnie uzdolnieni, którzy oczywiście zasługują na występy w Meczach Gwiazd, a w przyszłości pewnie trafią do Galerii Sław NBA, lecz nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to jednak klasa Dwighta Howarda – wieczni punktujący i wykręcający statystyki nie z tej ziemi koszykarze, którzy nie wiedzą, nie chcą lub nie potrafią podporządkować się zespołowej idei, jednemu, wspólnemu celu. W oczach Carmelo Anthony’ego nigdy jeszcze nie wiedziałem pragnienia zwycięstwa. Widziałem za to żądzę „pokazania się”, umiejętność zdobywania punktów bez znaczenia, traktowanie każdego spotkania, jak najlepszego party z kolegami. Być może dostrzegam w nim to, co zrobili z niego towarzysze z Denver – może się po prostu mylę?

Nie sądzę jednak, aby efekty wymiany Nowego Jorku miały przynieść jakiekolwiek wymierne korzyści dla tej organizacji – mam tu na myśli aspekty czysto sportowe. W kolejnych latach mistrzostwo wschodu będzie przecież w rękach Bostonu, Miami lub Chicago (w Orlando nie wierzę już od dawna).

Knicks będą się teraz pod względem medialnym prezentować bardzo korzystnie. Nie zmienia to jednak faktu, że mają w tej chwili TYLKO dwóch bardzo dobrych zawodników, z których żaden nie jest ani zwycięzcą, ani obrońcą, ani świetnym zbierającym czy blokującym. Żaden z nich nie jest  supergwiazdą (choć wielu tak właśnie ich nazywa), no i niestety żaden z nich nie jest rozgrywającym. A tego będą potrzebować w Nowym Jorku najbardziej… Jeśli do zespołu w lecie dołączy ktoś z dwójki Chris Paul–Deron Williams i zmieni się szkoleniowiec, zobaczymy czy z tej mąki wyjdzie chleb. Na razie nie ma na to szans – oczywiście, jeśli mówimy o walce o mistrzostwo ligi, a nie 48-53 wygranych w sezonie zasadniczym – bo to (i mam nadzieję, że wszyscy się ze mną zgadzają) żaden sukces.

Podobne Rzeczy:

  • No Carmelo, no problem
    Minęły trzy tygodnie od kiedy Denver Nuggets zdecydowali się wymienić swoją największą gwiazdę w zamian za garść – jak się...
  • Stoudemire vs. Jefferson
    Obaj do NBA trafili prosto ze szkoły średniej – i to chyba jedyna, oprócz koloru skóry – rzecz, którą wspólnie...
  • Emigracja na Wschód
    Polacy do pracy wyjeżdżają do Niemiec, Holandii, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii a nawet do zachodnio-północnej Norwegii – generalnie jak za pieniądzem,...
  • NBA All-Star – składy alternatywne
    Wczorajszej nocy władze NBA podały pełne składy zbliżającego się wielkimi krokami All-Star Game w Los Angeles. Jeśli chodzi o pierwsze...
Share on Twitter
Share on Facebook

2 komentarzy do “New York Knicks misja niemożliwa”

  1. Kerim pisze:

    Tak a propo DeJauna coś takiego wygrzebałem:
    http://truehoops.blox.pl/2009/06/And-the-Winner-is.html

  2. shla pisze:

    @Kerim

    Blair to bestia postury Baby Davisa, za to z lepszymi „moove’ami”. Niesamowity gość

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)