Niechlujstwo gorsze od faszyzmu

Napisane 2 marca, 2011 przez shla w Koszykówka & NBA

Próbowałem obejrzeć ostatnio dwa hitowo zapowiadające się mecze – Heat kontra Knicks oraz Magic kontra Knicks. Próbowałem, ale nie dałem rady. Nie potrafię ze spokojem oglądać poczynań drużyny z Nowego Jorku. Rani ona moje oczy, jak widok odsłoniętego męskiego „księżyca”.

Nie to, że nie lubię koszykówki ofensywnej, albo ultra ofensywnej, cokolwiek by to znaczyło. Wyrachowaną, skuteczną i konsekwentną wolę zdecydowanie bardziej niż nastawioną na obronę, jak na amerykańskich uniwersytetach. Ba, prostą, szybką i efektowną wręcz ubóstwiam. Mecz w Nowym Jorku, w którym Knicks zmierzyli się z Celtics przysporzył mi więcej frajdy, niż nocna kąpiel na golasa w Bałtyku przy czerwonej fladze.

Między zespołami dobrze, skutecznie i wyrachowanie grającymi w ataku a tymi, które np. w NBA rzucają najwięcej punktów (z nielicznymi wyjątkami) różnica jest taka, jak między laską pracującą w Hooters a  narzeczoną Tomasza Kammela Kasią Niezgodą. Co mi po tym, jak zdobywające w NBA średnio najwięcej punktów na mecz Denver, Nowy York właśnie oraz takie Houston dziurawią kosz przeciwnika raz za razem, skoro wynikają one z akcji taktycznych tak wysublimowanych jak wypowiedzi Grzegorza Laty…

Knicks do każdego posiadania przez siebie piłki podchodzą bez szacunku, którego akurat ja, od zespołów NBA oraz ich graczy, oczekuję i wymagam. A gdy patrzę na ekipę duetu Stoudemire-Anthony, to za grosz nie ma w niej respektu dla piłki. Jest pozycja – trzeba palić, nieważne czy w podobny sposób zakończyło się dwanaście naszych ostatnich akcji, z czego dziesięć nie przyniosło punktowego efektu. Odnoszę wrażenie, że Nowojorczycy chwilę po tym, jak rzucą do kosza nie myślą już o niczym więcej, jak rewanżu na tej głupiej, pomarańczowej, zawieszonej na wysokości 3.05m suce.

Wiem, że Mike D’Antoni jest autorem najbardziej debilnej ofensywy świata (SSOL – Seven Seconds or Less) i że pewnie niejednemu się ona podoba. Przyznałem się nawet wcześniej, że spotkanie Knicks przeciwko Celtics było moim zdaniem świetne, a przecież również padło w nim mnóstwo punktów. Nie chodzi zatem o wynik meczów, a sposób rozgrywania poszczególnych posiadań piłki przez poszczególne zespoły. Mając naprzeciwko siebie Celtów Knicks naprawdę musieli wznieść na wyżyny wyżyn swoim umiejętności – kto, jak kto ale Boston w obronie gra przecież każdej nocy. Wysokie i efektowne zdobycze punktowe przy jednocześnie agresywnej i ambitnej defensywie są przecież solą koszykówki – istnym creme de la creme. W innych meczach jednak Knicks zwracam i gdy nie muszę ich oglądać, to tego nie robię.

Niechlujstwo jakim się charakteryzują jest nie do zdzierżenia. Zanotują stratę i nie widzą w tym żadnego problemu, gdyż po chwili przecież przeciwnik rzuci im łatwe punkty i to oni znowu odzyskają piłkę mając szanse na ponowne zdobycie oczek – takiej mentalności właśnie nie znoszę. I nie chodzi o to, że Knicks nie grają w obronie – wszak wczorajszej nocy byłem pod wrażeniem defensywy Toney’a Douglasa oraz chęci gry w obronie Shawne’a Williamsa – paradoksalnie to ofensywa powoduje u mniej zgrzytanie zębów i ból głowy. A przecież przyznałem się wcześniej, że lubię punkty i wysokie wyniki… To o co tutaj chodzi?

A no o to, że każdy lubi patrzeć jak napierdziela się dwóch gości, prawda? Ja także. Różnica w czerpaniu przyjemności z takiej jatki jest jednak różna w zależności od jej rodzaju, od klasy prezentowanej przez oponentów. Mimo, że generalnie lubimy jak się biją, mnie przynajmniej, największą przyjemność sprawia oglądanie profesjonalnych walk MMA, a nie walenia się po ryjach w nocnych klubach techniką „na wiatrak”.

Lubię zatem patrzeć jak 120 punktów aplikują Lakers, Celtics czy Spurs (swoją drogą o najprostszej ofensywie NBA, czyli mistrzowskim ataku Lakers napiszę innym razem), nie mogę zdzierżyć natomiast, gdy robią to Knicks. Bo robią to w sposób bezmyślny, niechjuny i prostacki (nie prosty). Tak, świadczy to o ich ofensywnym potencjale, oczywiście. Tylko świadczy też o czymś innym. Bo, jeśli ktoś ma zdolny to rzucania tylu punktów atak i nie odgrywa w NBA większej roli (a Knicks nie odgrywają i moim zdaniem nie odegrają) znaczy się, że albo nie przykłada się do obrony, albo jest po prostu głupi. Z tego co zdążyłem zauważyć, Knicks tyczy się do drugie.

Podobne Rzeczy:

  • No Carmelo, no problem
    Minęły trzy tygodnie od kiedy Denver Nuggets zdecydowali się wymienić swoją największą gwiazdę w zamian za garść – jak się...
  • Stoudemire vs. Jefferson
    Obaj do NBA trafili prosto ze szkoły średniej – i to chyba jedyna, oprócz koloru skóry – rzecz, którą wspólnie...
  • Narodowa masturbacja
    Nie chciałem pisać o meczu Marcina Gortata z Los Angeles Lakers. Nie chciałem, bo wiedziałem, że ludzie po przejrzeniu nagłówków...
  • New York Knicks misja niemożliwa
    Ściągnięcie przez nowojorskich Knicks  Carmelo Anthony’ego, który wraz z Amare Stoudemirem z pewnością stworzy jeden z najefektowniej grających duetów NBA,...


Otagowane jako: ,
Share on Twitter
Share on Facebook

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)