Pięć porażek w ostatnich siedmiu meczach, finansowy cios wymierzony w zawodników przez prezesa Andrzeja Twardowskiego, czy bardzo ciężki kalendarz do samego końcu rundy rewanżowej PLK, to obecnie wcale nie największe problemy Czarnych Słupsk. Niedawny lider polskiej ekstraklasy ma kłopoty z jedną ze swych największych gwiazd – Cameronem Bennermanem.
I jak zawsze nie chodzi tylko i wyłącznie o zdobycze punktowe czy nawet sposób gry Amerykanina. Zawodnikowi, który kilka tygodni temu otrzymał ode mnie nagrodę MVP pierwszej części sezonu zasadniczego, ewidentnie poprzewracało się w głowie. Bennerman, który na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenie łasego na punkty czarnoskórego strzelca w typie Teda Scotta, rozegrał genialną, prawie że bezbłędną pierwszą cześć sezonu, a jego zespół poniósł tylko jedną porażkę – z Asseco Prokomem Gdynia. Od tamtej jednak pory – jak ćwierknęły mi zaprzyjaźnione wróbelki – zachowuje się nieco inaczej, niż na początku rozgrywek…
Przede wszystkim za złą grę zespołu winą obarcza wszystkich, tylko nie siebie. Uważa, że większość zawodników drużyny nie zasługuje na tyle minut, ile dostaje od trenera Adomaitisa. W trakcie ostatniego zawstydzającego dla Czarnych meczu z Treflem Sopot Amerykanin doznał ponoć kontuzji – tak przynajmniej powiedział i masażyście i trenerowi Adomaitisowi w trakcie spotkania, w którym jego zespół przegrywał do przerwy już 27-ma oczkami. Na drugi dzień klubowy lekarz dokładnie zbadał stłuczoną nogę Bennermana i okazało się, że nie ma nawet lekkiej opuchlizny, siniaka czy płynu w kolanie. Nic. Amerykanin nie chciał ponoć brać udziału w egzekucji, której poddawani byli jego koledzy. Na wszystko wolał patrzeć z boku unikając tym samym – przynajmniej w jego mniemaniu – częściowej odpowiedzialności. „Hej, nie miejcie pretensji do mnie! Ja byłem kontuzjowany”! Wiecie, pławienie się w cudzej chwale – kibice klubu, który wygrywa mówią – to my wygraliśmy! Kiedy natomiast ich zespół przegrywa mówią – to oni przegrali! Żałosne.
Od początku gry Bennermana w PLK widać było, że 26-latek jest oazą spokoju – co nie zawsze jest w sporcie cechą najbardziej pożądaną. Bennerman bronił się jednak swoją grą. Teraz, gdy ledwie zalicza spotkania z 10 punktami na swym koncie „inny świat” w którym żyje i funkcjonuje zaczyna przejmować nad nim kontrolę. Amerykanin wyraźnie odizolował się od reszty zespołu, przestał czuć się jego częścią. Jak doniósł mi człowiek mający informacje z pierwszej ręki, gracze Czarnych zaczynają mieć pretensje do Bennermana za ewidentny brak walki, charakteru i koszykarskich jaj. Amerykanin stał się całkowitym przeciwieństwem Jerela Blassingame’a – gracza robiącego dużo szumu, podrywającego kolegów do walki, krzyczącego, prowokującego zawodników rywala.
Czarni mają twardy orzech do zgryzienia, gdyż nie wiadomo jak w Bennermanie pobudzić instynkt zabójcy, w którego żyłach woda lodowata jak w Bałtyku płynęła jeszcze kilka tygodni temu. Zachłyśnięty pierwszą bardzo udaną rundą w wykonaniu swojego zespołu był także trener Dainius Adomaitis, który ponoć pozwalał sobie nawet na spóźnienie się na zajęcia. Oczywiście bez żadnych konsekwencji…
Jeśli tak ma zatem wyglądać zespół, z którego polska ekstraklasa może być dumna, to ja mówię stanowcze nie.
Podobne Rzeczy:
- Krzysztofa Szubargi marsz w miejscu
Reprezentant Polski Krzysztof Szubarga zadebiutował w barwach mistrza kraju z Gdyni dwa tygodnie temu w spotkaniu przeciwko AZS-owi Koszalin. Wrócił... - Bojkot MVP
Sezon PLK dobiega końca. Liderami po pierwszej rundzie będą albo Asseco Prokom Gdynia albo PGE Turów Zgorzelec. Jak co roku... - Powrót do przeszłości
W przygranicznym mieście przed tegorocznym sezonem zaprezentowano filozofię mocno asekuracyjną. Wbrew strategii, do której na przestrzeni kilku ostatnich lat kibice... - Po gwieździe na zespół
Choć sezon zasadniczy dobiegł końca i wiadomo już, które zespoły będą biły się o medale, w dalszym ciągu nie zostały...



