Amerykanie na rozgrywki Ligi Światowej do Polski zjechali z rodzinami i dziećmi. Polacy na trzytygodniową eskapadę po obu Amerykach wybrać się mogli co najwyżej z komputerami, komórkami i pluszowymi zabawkami. Zdaje się, że w naszym kraju sportowców zawodowych w dalszym ciągu uważa się za małe dzieci.
I to niesforne. Takie, które gdy spuścimy je z oczy od razu muszą coś przeskrobać. Najnowszy przykład siatkarski do wzoru pasuje idealnie, choć w częstotliwości swego występowania odosobniony nie jest. Piłkarze nożni tylko czasami mogli na zgrupowania na drugim krańcu świata brać swe brakujące połówki, choć zdarzało się i tak, że wakacje w tym samym ośrodku, o tym samym czasie, swojej małżonce wykupował, winny tyrać jak zawodnicy, treneiro…
Nad Wisłą panuje już nie tylko przekonanie, że nasi sportowcy piją w trupa, imprezują do rana a z domów publicznych gości z miejsca wypraszają, bo przecież kadra przyjechała… Nie ufamy naszym największym talentom, ani indywidualnościom nawet wówczas, gdy wielkość swej sportowej klasy udowadniali nie raz i nie dwa. Polscy siatkarze to przecież absolutna europejska czołówka, na każdych mistrzostwach świata będąca przeciwnikiem niewygodnym dla najlepszych.
Oczywiście grupa Andrei Anastasiego to młokosy, w głowach których może dziać się znacznie więcej, aniżeli taktyczna burza mózgów nad zadaniami wybitnie siatkarskimi, i chociażby dlatego należy mieć na nią oko. Argumentem za absolutnym zakazem podróżowania z rodzinami jest również fakt wzajemnej integracji grupy, która dopiero się poznaje, uczy, zawiera bliższe lub dalsze przyjaźnie. Dodatkowo spotkania Ligi Światowej to nie wakacje, tylko ciężka praca. Jasne zasady (praktykowane nie tylko w Polsce, choć np. w liberalnej reprezentacji siatkarskiej USA już nie…) ustalone przez związkowe władze można zatem z łatwością zrozumieć…
Zastanawia mnie tylko, czy aby większej szkody reprezentacji nie przynosi właśnie rozłąka z najbliższymi? Czy sportowcy, zwłaszcza wówczas, gdy ich najbliżsi oddaleni są o tysiące kilometrów, by zapełnić nudę wolnego dnia nie wpadają na pomysły najgłupsze z możliwych, by tylko nieco się rozerwać?
Nie twierdzę, iż gdyby za polskimi sportowcami (za własne, rzecz jasna, pieniądze) podążały ich lube wyniki naszych zespołów narodowych nagle poszłyby w górę. To teza, której nie da się udowodnić. Warto jednak zastanowić się czy miałoby to w ogóle jakiekolwiek znaczenie? Czy sportowcy zawodowi doskonale zdający sobie już sprawę z tego, czego potrzeba by odnieść sukces, nie potrafią przypadkiem rozgraniczyć przyjemności od pracy? Dużymi, samodzielnymi chłopcami są już od dawna, dlatego śmiem twierdzić, że obecność rodzin mogłaby wpłynąć na nich tylko pozytywnie. Zwłaszcza, gdy wylatują na trzy tygodnie…
Bo nikt przecież nie potrafi skuteczniej trzymać sportowców (mężczyzn w ogóle) w ryzach, niż ich kobiety. W zależności od okoliczności, łapią albo za jaja, albo za portfel. I po sprawie, facet zwykle nawet nie zipie, od razu potulnieje jak baranek.
Czy trenerzy boją się, że sportowcy będą uprawiali z małżonkami seks, który jak wiadomo, negatywnie wpływa na formę fizyczną mężczyzn? Tylko czym różni się współżycie – w swych konsekwencjach sportowych – z żoną/narzeczoną/dziewczyną, od tego z prostytutką czy napotkaną na wieczornych balach kobietą? Jest tańszy i bezpieczniejszy. I z pewnością zapewnia brak tzw. „przypałów”.
Gdyby rodziny mogły w 2007 roku pojechać z reprezentacją Polski koszykarzy na EuroBasket do Hiszpanii, jednego z naszych graczy pewnie nie trzeba by wyciągać z aresztu, do którego trafił po nocnych eskapadach ze złodziejką portfeli możliwie naznaczoną chorobą weneryczną.
Nie twierdzę, że partnerki muszą podczas wielkich imprez ze sportowcami spać w jednym pokoju, czy nawet być zameldowane w tym samym hotelu. Myślę, że obu stronom wystarczyłaby sama świadomość tego, że ich kochani są tuż obok, w tym samym miejscu na Ziemi.
Podobne Rzeczy:
- Wakacje w Poniewieżu
Maciej Lampe w Teatrze Lalek na wozie, Marcin Gortat na międzynarodowym sympozjum ceramiki, a Łukasz Koszarek na przejażdżce linią kolei... - Smudy kadra zagadkowa
365 dni dzieli nas od pierwszego gwizdka na Euro 2012. Namiastką przyszłorocznego czempionatu miał być czerwcowy miniturniej. Jak wszyscy wiemy,... - Polacy historii nie szanują
Gdy pod Smoleńskiem samolot rozbija się w drobny mak, pasażerów na Wawelu chowamy, pomniki stawiać każemy, a w rocznicę programów... - P90X – jesteś hardkorem?
Maraton to przy tym spacer z psem, „szóstka Weidera” wejście po schodach na czwarte piętro, a wypad na siłownię spotkanie...






W UK WAGs (wives and girlfriends) zawsze podrozuja z druzyna.to oczywiste a przy tym okazja na pol -darmowe wakacje rodzinne! same benefity. W Polsce to jeszcze z 10-20lat mysle
Też jestem za, z zachowaniem oczywiście zdrowych zasad – bez wtrącania się w kompetencje trenerów, żadnego przeszkadzania, widzenia się przed meczami czy treningami… Ale gdy jest dzień wolny, rodzina może tylko i wyłącznie pomóc!
@Ola: i dlatego reprezentacja Anglii nie odniosła sukcesów od dawien dawna
Nie możemy generalizować, bo przecież na sukces sportowy składa się znacznie więcej elementów, niż podróżujące WAGs… Amerykanie jakoś przylecieli do nas na Ligę Światową i spokojnie w drugim meczu nas pokonali. A z tego co wiem to na większość światowych imprez jeżdżą z rodzinami, a popatrz, które zajęli ostatnio miejsce na IO czy MŚ…
Ale angielskie WAGs są charakterystyczne. Cała ta kultura związana z panienkami piłkarzy i samymi piłkarzami jest charakterystyczna, biorąc pod uwagę jaką rolę pełni w angielskim społeczeństwie prasa brukowa. Mieszkałem w UK ponad rok i to w dodatku w roku mundialu, więc tak, akurat w tym przypadku shla można jak najbardziej generalizować