Nie jestem jednym z tych Polaków, którzy uważają, że w ich ojczyźnie jest źle, niedobrze, najgorzej… i w ogóle nic się tu nigdy nie uda. Jestem od tego jak najdalej, Polska to piękny kraj. Jednak powiedzmy sobie szczerze – hokejową potęgą to my nie jesteśmy.Sezon w naszej lidze dobiegł końca. Kto wygrał? Cracovia Comarch, oczywiście. Oczywiście, bo inaczej być nie mogło. Kto wygra w przyszłym roku? Na 99% Cracovia Comarch, oczywiście. Skąd to wiem? No właśnie…
Dla porównania… Kto wygra w Czechach? Bóg raczy wiedzieć, wiadomo tylko, że tytuł powędruje na Śląsk. Kto wygra na Słowacji? Pewnie HC Kosice, ale wszystko jest możliwe. Kto zdobędzie Puchar Stanleya? Flyers? Capitals z Ovechkinem? Pittsburg z Crosbym? Canucs? Red Wings? A może niespodziankę sprawią zeszłoroczni tryumfatorzy, albo NYR z Wolskim w składzie? Kto wygra w Finlandii, Szwecji, Szwajcarii? Nie wiem. I o to właśnie chodzi!
Najwspanialsza rzecz w sporcie to emocje, niepewność zwycięstwa, nieprzewidywalność. Również to napędza biznes, jaki sportowi towarzyszy (nie łudźmy się, o ten biznes właśnie chodzi). Zakłady bukmacherskie to już gałąź gospodarki, im mniej wiadomo, tym lepiej. Jak to wygląda u nas? O ile mnie pamięć nie myli, przed chwilą wytypowałem zwycięzcę przyszłego sezonu. Sezonu, który się jeszcze nawet nie zaczął. Gdzie tu zabawa? Gdzie emocje?
Rozumiem, że fani Cracovii cieszyli się z tytułu, to oczywiste i nic w tym złego. Podziwiam zawodników Pasów, no bo skąd oni biorą motywacje do walki? Walki, którą wygrali zanim jeszcze wyszli na lód. Walki, której przegrać nie mogli.
Tak, to prawda, w zeszłym roku czerwono-biali stracili koncentrację i upuścili tytuł na rzecz Podhala. Inne kuriozum, że zaraz po zdobyciu korony król umarł – Podhale zbankrutowało i rozpadło się, a sprawa następcy, MMKS Podhale, budziła sporo kontrowersji.
Podobny wypadek zdarzył się Pasom i w tym sezonie. W półfinale Pucharu Polski drużyna miała „wypadek przy pracy” i dalej przeszła Unia Oświęcim. Nie zmienia to jednak ani na jotę mojego poglądu – mistrzem będzie Cracovia i kropka.

Nie znam dobrze ligi fińskiej, czy szwajcarskiej. Widzę jednak dokładnie co dzieje się za południową granicą. Z Jastrzębia-Zdroju do Trzyńca jest ok. 50 km, do Ostrawy nawet bliżej, niecałe 40 km. Od mistrza do mistrza też jest blisko. Trasa Kraków – Pardubice to 380 km, z Krakowa do Koszyc jest 250 km. To nie są kosmiczne odległości, a jednak różnica w poziomach jest kolosalna. Tak, to prawda, na Słowacji, w Czechach, hokej to religia. Inne pieniądze, inny klimat wokół sportu w ogóle. U nas hokej to jednak sport niemal niszowy. Ale jeśli zadamy sobie pytanie dlaczego tak jest, odpowiedź nasuwa się sama – liga jest po prostu nudna. Ileż razy można oglądać przetasowane na różne sposoby nazwy Cracovia, GKS Tychy, Podhale, czasem, dawniej, Unia Oświęcim? Od święta w stawce pojawia się ktoś nowy… ale na przykład drużyny z Katowickiego Janowa bym się tam nie spodziewał. W najsilniejszych ligach karuzela kręci się nieustannie. Wielkie marki z trudem walczą o play-off albo nawet, jak teraz w Czechach, biją się o przetrwanie. Wynik jest nie do przewidzenia. O ile jeszcze w NHL wysokie obroty zapewnia loteryjka corocznego draftu, to reszta świata radzi sobie bez takiego mechanizmu… i żyje.
Małe porównanie. Pomiędzy pierwszą, a dziesiątą drużyną ligi (u nas to ostatnia pozycja w Polskiej Lidze Hokejowej) różnica punktowa po sezonie regularnym wynosi, uwaga, 71 punktów! W Czechach jest to zaledwie 25 punktów, w NHL (w całej lidze, bez podziału na dywizje) jeszcze mniej, bo 21 punktów. Przypomnijmy, że w NHL sezon to 82 mecze, w Czechach 52. W PLH drużyna gra ok. 36 spotkań… ta różnica punktowa powinna więc być mniejsza, a nie większa! Niby mniej czasu na uśrednienie, ale też mniej czasu na wypracowanie tak olbrzymiej przewagi.
Gigantyczna dysproporcja w PLH nie jest nowinką. Cracovia, najwyraźniej sama wynudzona tym stanem rzeczy, szuka innej ligi. Były już rozmowy z Czechami, Słowakami, Austriakami. Trzeba szukać wyzwań, wygrywanie tytułów jakby „z automatu” nie może bawić w nieskończoność. Sukces się dewaluuje. Świadczy o tym chociażby pytanie w sondzie na stronie Pasów: „Czy ten sezon był udany?”. Drużyna zdobywa tytuł i zastanawia się czy to dobrze. I, o kuriozum, słusznie! Czy sam tytuł to sukces? A może sukcesem jest dopiero totalna hegemonia? Przegrany półfinał Pucharu Polski to już klęska?
Życzę Pasom tej przesiadki z PLH, chociaż drużyna z Krakowa nie ma ciepłego miejsca w mym sercu.
Do momentu rozpadu Podhala można było z dużym prawdopodobieństwem obstawiać, że drużyny z Tychów, Nowego Targu i Krakowa znajdą miejsce w pierwszej czwórce. W tym roku było troszeczkę ciekawiej. Cracovia głupio przegapiła zeszłoroczny finał i miała sobie i innym wiele do udowodnienia. Po rozpadzie Podhala, pomimo walki o uratowanie hokeja w Nowym Targu wszelkimi sposobami (wszelkimi), wydawało się, że zrobiło się miejsce na górze. Głodni ostatnich kilku lat ruszyli do walki.
Unia Oświęcim robiła wspaniałe wrażenie przed sezonem. Zapowiedzi rozbudzały fantazję kibiców zimnego sportu nie tylko z Małopolski. Wszyscy liczyli na poważną kampanię. Miałem też okazję oglądać przedsezonowe mecze JKH Jastrzębie Zdrój. Drużyna grała świeżo, szybko, z pomysłem. Byłem pełen podziwu dla trenera Reznara. Wydawało się, że nareszcie ktoś gra „po czesku”. I co? Wygrała Cracovia.
Unii sił starczyło na dotarcie do finału Pucharu Polski. Na drodze stanęła… Cracovia i, o dziwo, poległa. Bój o Puchar z Ciarko KH Sanok był zaskoczeniem, głównie ze względu na konkurujące o trofeum drużyny (finał bez Cracovii Comarch i GKS Tychy!). Wygrał Sanok. Muszę przyznać, że byłem zaskoczony.
Tu jednak zaskoczeń koniec. Po świetnym sezonie, Jastrzębie i Unia poległy w półfinale play-off… och, cóż za zaskoczenie, z GKS Tychy i Cracovią Kraków. Ależ nudy. Wynik finałowej rywalizacji też mnie nie zaskoczył. Nuda, nuda, nuda.
Z ligi spadła… Akuna Naprzód Janów. A to ci niespodzianka! Widziałem tą drużynę przed sezonem, nie byłem zaskoczony. Nuda.
TVP Sport ma prawa do transmisji meczów PLH. I tu prawdziwe zaskoczenie. W 2010 roku stacja ta nie nadała ani jednego meczu z sezonu 2010/2011. Mogliśmy tylko oglądać finał Pucharu Polski. Niewiele brakowało, a w ogóle nie zobaczylibyśmy zmagań rodzimej ekstraklasy. I tu muszę przyznać – byłem zaskoczony, a nawet zdruzgotany.
Podobne Rzeczy:
- Playoff na ostrzu łyżwy
W każdych ligowych rozgrywkach nadchodzi moment, gdy dochodzi do ostatecznych, acz kluczowych rozwiązań. To właśnie na ten moment kibice czekają... - NBA – liga w kolorze Oreo cookies
Pogrążony w egzaminacyjnej żałobie tak charakterystycznej dla studentów (zwłaszcza tych, którzy w studenckim wieku już niestety nie są) zmagających się... - Liga piłkarskich Bogów na biskupińskim Olimpie
Takiego spotkania Barcelona jeszcze w tym roku nie rozegrała. Ba, nie wiem nawet czy tak dominujący i jednostronny mecz zdarzył... - Za południową granicą
Każdy szanujący się kibic hokeja w Polsce wie, gdzie szukać naprawdę markowych zespołów, grających na światowym poziomie. Gdzie szukać opraw,...



