Nie wiem czy chodzi o to, że gdy książka zbyt długo na półce leży, nagle robi mi się jej żal i jeśli jej nie przeczytam, to chociaż przetrę. Nie do końca chodzi również o to, że klasę sportowca zaczynamy doceniać dopiero wówczas, gdy z naszego ukochanego klubu odejdzie, albo w ogóle przestanie uprawiać sport. Doprawdy nie wiem dlaczego Shaquille’a O’Neala zacząłem lubić dopiero wtedy, gdy w jego kontekście słowo „dominujący” padało już tylko z jego własnych ust…
Odszedł i nie wróci. Dobrze zrobił. Kolejnym rokiem pełnym rozczarowań oraz kontuzji większych i mniejszych, bardziej i mniej poważnych jeszcze bardziej mógłby upodobnić się do swoich wielkich poprzedników, którzy nie wiedzieli jak i kiedy mają skończyć. Nie wiedział tego Patrick Ewing, nie wiedział Hakeem Olajuwon, blisko popełnienia błędu o podjęciu decyzji powrotu był Jens Lehmann. I O’Neal o mały włos w planowaniu końcówki swej kariery się nie zatracił. Na szczęście jednak, o mały włos robi wielką różnicę. Odszedł i nie wróci. Tego możemy być pewni.
Pamiętam, że jego klasę oraz umiejętności (a nie tylko fizyczny dar od Boga) zacząłem dostrzegać dopiero wówczas, gdy już lekko nie domagał. Gdy, aby go zatrzymać drużyny przeciwne nie musiały uciekać się do taktyki ciągłego faulowania, łapania wpół, czy wsadzania w odbyt różnych przedmiotów nieregularnych kształtów. Polubiłem koszykarza wielkiego wówczas, gdy się sportowo skurczył do rozmiarów piłeczki pingpongowej. Zacząłem trzymać kciuki za jednego z najlepszych w historii wtedy, kiedy takiego już nie przypominał. Życzyłem mu mistrzowskich tytułów dopiero wtedy, gdy wiedziałem, że szanse na jego wyrwanie ma jak Mariusz Pudzianowski na zdobycie jakiekolwiek trofea w MMA.
Właśnie przy odejściu Shaqa zauważyłem, że podobne odczucia zmieszanych zazdrości z nienawiścią towarzyszą mi podczas śledzenia karier innych sportowców. Nigdy nie lubiłem Kobe Bryanta, lecz mój stosunek do niego po kompletnie nieudanym sezonie Los Angeles Lakers znacznie się zmienił – nagle zacząłem go tolerować, nagle zechciałem, aby włożył na swój palec szósty mistrzowski pierścień. Ponownie, dopiero pewnie wówczas, gdy Dallas Mavericks byli już w czwartej kwarcie czwartej pojedynku półfinału konferencji zachodniej z obrońcami tytułu.
Czy to, że Cristiano Ronaldo wzbudza we mnie odczucia tylko negatywne, nie jest przypadkiem próbą podświadomego sprowadzenia go na ziemię? Wszak od Leo Messi różni się chyba tylko tym, że jest bożyszczem kobiet na całym świecie, które aby tylko się z nim przespać gotowe pewnie są nie myć swych włosów przez trzy tygodnie. Śmiejemy się z Ronaldo, że lala, że beksa, że cwaniak a kompletny nieudacznik. Tylko czy nie jest to powetowane chorobliwą zazdrością? Tym, że to on występuje w reklamach Armaniego, może sobie pozwolić na cotygodniowe rozbijanie ferrari, i w odróżnieniu od innych wielkich piłkarzy jest zbudowany jak gladiator.
My tymczasem wolimy kibicować (ja również) mikrusowi z Argentyny, rudawemu i łysiejącemu Anglikowi albo właśnie podstarzałym reprezentantom włoskiego Milanu. Nie lubimy jak ktoś swymi umiejętnościami połączonymi z kontrowersyjną osobowością i charakterem, a nie daj boże także powszechnie uważaną za atrakcyjną aparycją, wyróżnia się z tłumu. Gdy gwóźdź wystaje, należy go z powrotem wbić na miejsce. Chyba w każdej dziedzinie życia. Rzadko kiedy kibicujemy wyraźnie najlepszym, oficjalnie tłumacząc się dobrem ilości sportowych wrażeń. Że niby chcemy, aby dochodziło do niespodzianek, aby wygrywał kopciuszek, a nie mocarz, który z różnych względów najbardziej na trofeum zasłużył.
Ostatni przykład ze świata polskiej popkultury – Michał Szpak X Factora nie wygrał, bo – śmiem zaryzykować tezę – oprócz niesłychanej historii Gienka Loski, był genialny w każdym tego słowa znaczeniu. Urodzony showman, gwiazda, prawdziwy artysta. Dlatego nie chcieliśmy, aby w głosowaniu okazał się lepszy od znacznie bliższego nam (nie tylko z tego względu, że gra na ulicy) Loski (który, umówmy się, piekielnie zdolny jest również).
Czy za kilka lat, gdy ten będzie miał 34 wiosny, będę również kibicował LeBronowi Jamesowi? Czy będę życzył mu pierwszego mistrzowskiego tytułu, czy może nawet przeskoczenia w ich liczbie Michaela Jordana? Czy aby na pewno chodzi o charakter i podejście do pewnych spraw tych największych z największych, czy może jest to klasyczne usprawiedliwianie zazdrości, do której ZAWSZE tak ciężko nam się przyznać?
Podobne Rzeczy:
- All-Star Popis
Oprócz siedzącego w pierwszym rzędzie Stevie’go Wondera żartów nie było żadnych. Niech ci, którym nie chciało się podnieść z łóżka... - Nieufne Związki polskie
Amerykanie na rozgrywki Ligi Światowej do Polski zjechali z rodzinami i dziećmi. Polacy na trzytygodniową eskapadę po obu Amerykach wybrać... - Mistrz stosunku przerywanego
Granica między sportowym tchórzostwem a wszechstronnością, która w ostatnich latach w jego przypadku nabrała kompletnie innego, jeszcze głębszego wymiaru, nigdy... - Schody do nieba, czyli spychologia budowlana
Burdel w polskiej piłce to zjawisko rzadkie jak korki o 16. Jak nie naparzają się kibice, to słoma z butów...







świetny artykuł, gratulację dla autora!