Zdumiewająco zakończyły się ćwierćfinałowe pojedynki koszykarskiej Euroligi. Wyżej rozstawione zespoły, które dodatkowo rozpoczynały wyniszczającą serię play-offów do trzech zwycięstw od wygranego spotkania przed własną publicznością, dały przykład jak NIE należy swoich przeciwników wykańczać solidarnie przegrywając trzy kolejne starcia. Wygrani mogą czuć się szczęśliwcami, lecz także (a może przede wszystkim) prawdziwymi artystami kunsztu oprawców.
Do największej niespodzianki – i to w okolicznościach, których nie śniło się chyba nawet Charlesowi Baudelaire po zaserwowaniu sobie zmieszanych absyntu z koniakiem (istne „trzęsienie ziemi”…) – doszło oczywiście w ćwierćfinałowej parze Montepaschi Siena – Olympiacos Pireus.
Niby był to pojedynek gigantów – wicemistrza Grecji z mistrzem Włoch – a jednak w żadnym wypadku nie przypominał starcia równolatków. Po pierwszym meczu – o którym już zresztą pisałem – nie wiem czy znalazła by się na świecie jedna osoba, która zdając sobie sprawę ze skali upokorzenia jakiej doznali Włosi oraz z tego, że przewagę własnego parkietu posiada Olympiacos, odważyłaby się postawić na awans do Final Four klubu ze Sieny… Bo gdyby przyrównywać koszykówkę do boksu, to przed starciem numer dwa obu ekip, na ringu w dziesiątej rundzie dwunastorundowego pojedynku stawali naprzeciwko siebie Władimir Kliczko z Marcinem Najmanem, który we wcześniejszych dziewięciu rundach naprzemiennie uprawiał sprint pod linami z leżeniem na plecach…
Nie wiem, czy to żony porządnie skarciły swoich mężów-zawodników, czy trener Simone Panigiani zaaplikował im jakiego Raket Fjuela, ale to, co zrobili Włosi w trzech ostatnich meczach z Olympiacosem było niebywałe – wygrane średnio prawie 13-ma oczkami mówią same za siebie. Montepaschi zastosowało zatem praktykę tatarską: przywiązało nagi Olympiacos do wystających z ziemi palików, wzięło garnek z małą dziurką w dnie, włożyło do niego dorodnego szczura i postawiło na greckim brzuchu ów garnek z gryzoniem w środku do góry dnem. Przez trzy kolejne mecze Włosi rozżarzonym patykiem dźgali spanikowanego szczura, który miał do wybory tylko ucieczkę przez twarde ścianki garnka lub miękki brzuch Olympiacosu… Pure evil…
Jak nie szkoda mi rozrzutnego i butnego klanu Angelopoulosów z Pireusu, tak żałuję, że przed szansą obrony mistrzowskiego tytułu sprzed roku nie staną koszykarze Barcelony. Okazja do zdobycia podwójnej korony (Euroliga + piłkarska Liga Mistrzów) prysła jak bańka mydlana. Barca – tak jak Olympiacos – również wygrała pierwszy pojedynek i nie miała nic do powiedzenie w trzech pozostałych starciach. Pewnie gdyby dokończyła dzieła zniszczenia w meczu drugim, przewagę w serii dowiozłaby do końca.
Lecz choć to nie piłka nożna, w baskecie niewykorzystane sytuacje również się mszczą. Mająca na łopatkach ledwo dychający Panathinaikos Barca pozwoliła jednak - w poczuciu większej satysfakcji nad ubiciem przeciwnika stojącego, aniżeli słaniającego się na nogach – zespołowi maga Obradovicia powstać z kolan, czym przysporzyła mu okazji do błyskawicznej rekonwalescencji. I dostała za swoje, co powinno być przesłaniem dla mas – dobrzy ludzie krótko żyją…
A Panathinaikos – jak na zabójcę, w którego żyłach płynie ciecz lodowata przystało – wykańczał Barcelonę powolutku, pastwiąc się nad nią, niczym siedmiolatek nad okaleczonym owadem. Zamiast w serce wbić nóż, wciskał tam łyżeczkę do herbaty – żeby bardziej bolało… Brutalność i bestialskość w najczystszej postaci. Bo przecież żadna porażka w koszykówce (czy to poniesiona w NBA, czy PLK) nie boli bardziej, od tej która wyślizgnęła się z rąk w ostatnich sekundach. A Panathinaikos dwa z trzech wygranych meczów rozstrzygał przecież 2-ma i 4 punktami…
Grecy postanowili zatem sięgnąć po tortury Wikingów: nacięli Barcelonie brzuch delikatnie wyciągając z niego kawałek jelita cienkiego, po czym przybili je do wbitego w ziemię pala gwoździem i nakazali maszerować wkoło. Barcelona owijała się zatem własnymi jelitami, i z wycieńczenia padła po trzech następnych starciach…
PS Swoją drogą kolejną lekcję jak NIE powinno się wykańczać przeciwnika mieliśmy okazję oglądać podczas serii Caja Laboral z Maccabi Tel Awiw. Od prowadzenia 2-0 Hiszpanów dzielił jeden, jedyny rzut… Gdyby David Logan w drugim spotkaniu nie spudłował rzutu, który trafia 99 razy na 100, i gdyby będąc koszykarskim gryzipiórkiem bardziej przykładał się do defensywy jeden na jednego nie pozwalając na sekundę przed zakończeniem meczu na celny rzut Jeremy’ego Pargo, mistrzowie Hiszpanii prowadziliby przed wyjazdem do Ziemi Świętej będąc pewnym, że starcie decydujące odbędzie się w ich własnej hali… Maccabi doskonale zdawało sobie sprawę z tego, iż aby wywalczyć awans od Final Four trzeba tylko w pierwszych dwóch meczach złamać przeciwnika choć raz – pojedynki w Tel Awiwie to przecież formalność – wszak tam w tym roku wygrała tylko Barcelona… Udało się, choć przecież łatwo się domyśleć, iż gdyby reprezentant Polski swój rzut trafił a Jeremy Pargo nie, większe szanse na turniej finałowy mieliby mimo wszystko Hiszpanie.
PS2 a Real z Walencją wojują w najlepsze… Decydujący mecz w 6 albo 7 kwietnia.
Podobne Rzeczy:
- Montepaschi Siena i wagon prostytutek
Ruszyły ćwierćfinały koszykarskiej Euroligi. Pierwszy dzień i już zdarzyło się coś niewiarygodnego. Coś w co po prostu ciągle trudno mi... - Ricky Rubio a „casus Koljevicia”
Odpadnięcie z ćwierćfinałów Euroligi obrońców tytułu z Barcelony – mimo przegranej z równie wielkim Panathinaikosem – jest niespodzianką. Ale na... - Wakacje w Poniewieżu
Maciej Lampe w Teatrze Lalek na wozie, Marcin Gortat na międzynarodowym sympozjum ceramiki, a Łukasz Koszarek na przejażdżce linią kolei... - Krzysztofa Szubargi marsz w miejscu
Reprezentant Polski Krzysztof Szubarga zadebiutował w barwach mistrza kraju z Gdyni dwa tygodnie temu w spotkaniu przeciwko AZS-owi Koszalin. Wrócił...
Otagowane jako: Barcelona, Caja Laboral, Euroliga, Final Four, Maccabi Tel Awiw, Montepaschi Siena, Panathinaikos Ateny, tortury



