Pociski dochodzące celu

Napisane 27 stycznia, 2011 przez shla w Koszykówka & NBA

Słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Pisałem, że jeśli Marcin Gortat zacznie grać lepiej, poświęcę mu odrobinę czasu. Moment jest idealny, bo przecież zeszłej nocy „Gorti” wyrównał swój punktowy rekord kariery – i to w pierwszej połowie meczu! Nie jest jednak tak różowo, jakby się mogło wydawać, gdyż historia jego znacznie lepszych występów indywidualnych ma drugie dno.

Gortat poczynił pięć kroków wprzód w porównaniu ze swą formą sprzed dwóch tygodni, lecz nie sugerujcie się statystykami – te są istotne najmniej (nie popadajmy jednak ze skrajności w skrajność – gdyby nie 16 oczek Gortiego w meczu z Charlotte z publikacją tego wpisu pewnie bym się jeszcze wstrzymał). Punkt punktowi nie równy nie tylko w koszykówce. Bo jak tu w ten sam sposób co próbującego ścierać się w akcjach indywidualnych gracza doceniać zawodnika, którego oczka zostały tak naprawdę dostarczone przez kolegę – kuriera, a ten wyprostował tylko swe kończyny i przesyłkę odebrał za szybkim pokwitowaniem? Całość przecież kosztowała go tylko wyciągnięcie długopisu. I niech nikt mi nie mówi sztuką jest znaleźć się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie – to nie piłka nożna, a wysocy w trumnie przecież „mieszkają”. Nie lubię, gdy ktoś ocenie poddaje zawodnika, na koncie którego znajduje się kilka całkiem ładnie wypełnionych rubryk statystycznych, a jako argument do częstszego wystawiania go na boisko podaje ciąg niewiele znaczących liczb. Nie powinno się tego robić, co więcej – jak ognia wręcz unikać. Przede wszystkim jeśli chodzi o zdobycze punktowe właśnie. Podobnie jest z wielce niesprawiedliwym wskaźnikiem +/-, który co najwyżej powinien być przez nas wykorzystywany do mierzenia efektywności konkretnej piątki jednocześnie przebywającej na boisku, a nie traktowany jako główny czynnik wpływający na ocenę gry każdego koszykarza z osobna.

Śmieszą mnie głosy w sprawie boiskowych rzemieślników i śmieciarzy, którzy po zaliczeniu kilku spotkań z 12 punktami na koncie z najniższej koszykarskiej półki nagle awansują na średnią (oczywiście, jeśli ich punkty zaliczają się do grupy „pocztowych” a nie wypracowanych w pocie czoła ). Jest to tym bardziej irytujące i niezrozumiałe, gdy mamy do czynienia z graczami w lidze grającymi od wielu lat. Podobnie było z Gortatem po jego pierwszych spotkaniach w barwach Suns – jak tylko zaliczył kilka punktów i zbiórek odzywały się głosy domagające się jego częstszego wykorzystywania. Nie dziwię się, pierwiastek patriotyzmu zaszczepiony jest w każdym z nas, wszyscy byśmy chcieli, aby prawdziwą karierę w NBA w końcu zrobił i Polak. Aby jednak głos w narodowej – odnoszę czasem wrażenie – sprawie Gortata podnosić, należałoby najpierw kilka jego meczów obejrzeć. Dwuipółminutowe skróty serwowane przez stronę nba.com obawiam się, że nie wystarczą.

Na Gortata spojrzeć należy obecnie znacznie pobłażliwiej nie dlatego, że w ostatnich pięciu spotkaniach zaliczał przeciętnie 11,6 punktów oraz 9,6 zbiórek, lecz dlatego, że w końcu odzyskał boiskową świeżość, zaczął kipieć pozytywna energią oraz przede wszystkim (jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało) przestał mówić, a zacząć grać. Co prawda nie jeden na jednego, aczkolwiek do tego chyba będziemy musieli niestety już przywyknąć. Swój repertuar manewrów podkoszowych polski środkowy schował pod pazuchę, a że zima w Arizonie sroga (przewidywana temperatura w kolejnych dniach to średnio 23 stopnie Celsjusza) rozpinać jej nie ma zamiaru. Choć ja osobiście nie mogę tego faktu przeboleć.

Ciągle mam przed oczami występy Gortata na EuroBaskecie czy chociażby w ostatnich eliminacjach. Wywalczona pozycja 3 metry od kosza po prawej stronie.; jeden, drugi kozioł prawą ręką, szybki obrót przez prawe ramię i rzut lewym półhakiem – punkty. Kolejna akcja, ta sama pozycja – podanie do Gortata, który ma swojego obrońcę za plecami, obrót do linii końcowej bez kozła, lekkie odchylenie – punkty. Ta sama pozycja – jeden, drugi kozioł do środka, sugestywny zwód do rzutu, prawa noga w lewą stronę; lewy półhaczyk o tablicę – punkty. Strefa drużyny przeciwnej; Gortat wychodzi na linię rzutów osobistych, wokół niego pusto; zero zawahania, pędzel – punkty.

Pojedyncze udane akcje mogą być traktowane jako przypadkowe – seryjne – już nie. A Gortat zdobywał swoje oczka, po indywidualnych akcjach, o których istnieniu w jego wachlarzu zagrań ofensywnych nie miałem zielonego pojęcia. Oczywiście wiem, że na grę Gortata w reprezentacji należy patrzeć zdecydowanie inaczej – realia NBA są znacznie brutalniejsze. W polskiej kadrze Gorti jest od wszystkiego – również zdobywania punktów. A, że Steve’a Nasha nie mamy, trzeba mu dogrywać piłkę, gdy stoi tyłem do kosza i poczekać, aż zagra jeden na jednego. Wiem też oczywiście, że i Omer Asik czy Thomas Van del Spiegel to nie Andrew Bogut czy Ben Wallace, lecz razi mnie brak jakiejkolwiek próby.

Cieszy w obecnej dyspozycji Marcina brak „baboli”. Zdarzały mu się zagrania, po których jemu samemu ręce lądowały na starannie ogolonej głowie. Teraz, czego najlepszym przykładem może być ostatnie spotkanie przeciwko Bobcats, podobne akcje kończy nie asekuracyjnym rzutem kelnerskim, a klasycznym „plecakiem” z podkurczonymi nogami. Po zbiórce ofensywnej nie rzuca o tablicę, lecz gdy ma możliwość odpala ukryte w nogach rakiety. W końcu także jego rzuty z czterech metrów od kosza przy linii bocznej nie lądują po drugiej stronie parkietu rozpoczynając szybki atak rywala, a „łapią” znacznie więcej niż tylko żelastwo. Dzięki temu, że Gortat popracował nad swoją psychiką (a może to po prostu kwestia większej liczby spotkań w barwach Suns, lepszego zrozumienia z zespołem, przyswojenia zagrywek czy też aklimatyzacji w Dolinie Słońc – a może odrobina wszystkiego) koledzy z zespołu nie wręczają mu już piłki tylko w sytuacjach, gdy ścina pod basket, lecz także gdy stoi osamotniony w rejonach trumny.

Jeszcze lepszym przykładem jego skuteczności oraz pewności siebie są rzuty w koszykówce najtrudniejsze – czyli 2 metry od kosza, bez obrońcy, oddawane z miejsca. Gortat z początków swojej przygody z Suns z takiej pozycji załadowałby do swego działa pocisk odłamkowy i po mentalnym wciśnięciu przycisku „fire” roztrzaskałby tablicę w drobny mak. Teraz kończy takie akcje pewnie niczym Natalie Portman ostatni akt Jeziora Łabędziego (w filmie „Czarny Łąbędź”).

Moją uwagę zwraca także język ciała Marcina. Po każdej niemal zbiórce chwyta on piłkę mocno i rozpościera na zewnątrz swe łokcie stając przy tym w szerokim rozkroku – trochę niczym Dennis Rodman. Nie są to „zbióreczki” przypadkowe, które w ręce wpadają czasem i Earl’owi Boykins’owi, lecz zasłużenie wywalczone „zbiórzyska” notowane przez Kevina Love’a. Gortat, chcąc lub nie, w ten sposób wysyła jasny sygnał – dla obrońcy: „nie podchodź, bo złamię ci nos”, dla samego siebie: „’at a boy!”. Widać, że sprawia mu to przyjemność, widać, że go to pozytywnie nakręca.

Szkoda tylko, że z każdym lepszym meczem Marcina Suns nie odnoszą zwycięstw, a co gorsza nie wyciągają z przegranych wniosków. Oczywiście mieli serię pięciu wygranych z rzędu, lecz obecnie zaliczyli trzy przegrane ze słabeuszami (bo Bobcats, choć znajdują się na pozycji premiowanej awansem do play-offów, mają „ujemny” bilans) konferencji wschodniej. W momentach krytycznych zdaje się, że ich jedyną bronią są rzuty trzypunktowe – co irytuje mnie tak, że dostaję zgagi.

Na koniec trochę statystyki, z której każdy będzie mógł wynieść własnej wnioski. Marcin Gortat w barwach Suns rozegrał już 17 meczów – ekipa z Phoenix zanotowała w tym czasie bilans 7-10. Gdy nasz ligowy jedynak pod względem indywidualnych statystyk – na które lubimy tak często zwracać uwagę najbaczniejszą – spisuje się najlepiej (tzn. rzuca więcej niż 10 punktów – a zdarzyło mu się to 9 razy), jego zespół notuje bilans 2-7. Gdy nie rzuca tak wielu punktów Suns mają bilans 5-3.

Podobne Rzeczy:

  • Narodowa masturbacja
    Nie chciałem pisać o meczu Marcina Gortata z Los Angeles Lakers. Nie chciałem, bo wiedziałem, że ludzie po przejrzeniu nagłówków...
  • Gortata walka z baranami
    Zamiast bronić krzyża, stawiać pomniki oraz tablice upamiętniające wydarzenia pod Smoleńskiem Polacy powinni spróbować przeforsować w sejmie pomysł o zakupie...
  • Gortat rozpoczął kampanię
    Nie, nie na prezydenta RP, choć pewnie znaleźliby się oszołomy, którzy zechcieliby na niego zagłosować na poważnie (chociażby z elektoratu...
  • Bardzo brzydkie kaczątko z Phoenix
    Kiedyś podczas ich spotkań kibice albo przez 2,5 godziny siedzieli o suchym pysku albo nosili ze sobą cewnik – kilkuminutowa...
Share on Twitter
Share on Facebook

1 komentarz do “Pociski dochodzące celu”

  1. MGfan pisze:

    Hm… można się przyczepić co do współczynika +/- to jest to najbardziej idiotyczny współczynik jaki sobie można wymyślić i zgadzam się z Tobą w 300%, że może służyć co najwyżej do oceniania efektywności 5-tek. Jednak w meczach, w których dużo trafiał nie było z nim źle.

    Poruszasz jednak kwetie bilansu z Marcinem rzucającym dużo i mniej. No i tutaj można polemizować nad ich jakością ja nie oglądałęm bodajże jednego meczu po wymianie pomiędzy S, a O i uważam, że ten bilans nie jest najszczęśliwszy. Czemu? A no z bardzo prostej przyczyny w meczach, w których grał Marcin był, niestety dla drużyny, jednym z najlepiej punktujących, ale w tym czasie zawodzili VC, GH, SN, CF. Nie we wszytkich meczach, ale w pojedynczych, a w tej drużynie tak naprawde za wynik odpowiadają wcześniej wymienieni. Problem polega w ich wieku VC obchodził wczoraj 34 urodziny, Nash ma lat 37, a Hill 38. Są to dobrzy zawodnicy, ale najlepsze lata mają już dawno za sobą, a w dalszym czasie stanowią o sile Suns bądz jej braku.

    Musze się zgodzić z Tobą w jeszcze jednym aspekcie, a mianowicie w kwestii tego, że nasz Jedynak nie rzuca hakami i słabo z półdystansu. Spodziewałem się iż po 3 latach grania wraz z Howardem uda mu się te elementy opanować do perfekcji niestety. Licze jednak na to, że ma to związek z brakiem pewności i przyjdzie to z czasem.

    Mnie osobiście wkurza strasznie inna rzecz,a jest nia permanentne gubienie piłki przez Marcina i musi nad tym bardzo, ale to bardzo mocno pracować.

    I na sam koniec powtórze jeszcze raz Alvin Gentry jest słabym trenerem, który ma źle dobrany zespół i im szybciej dojdzie do jakiejs sensownej wymiany tym lepiej! Nie chce wdawać się w typowanie jakiekolwiek, ale gdybym ja był trenerem to próbowałbym mimo wszystko wypchnąć CF, GH, Dragica, Childress, Warrica, a może nawet VC. Ale i tak uważam, że należało by zacząć od wymiany trenera! Bo w lidze są słabsze zespoły kadrowo, a maja bilans o wiele lepszy od Suns.

    I juz na sam sam koniec powiem tyle, że Marcinowi należy dać czas nawet z pół sezonu takiej 30 minutowej gry, a odwdzieczy się dobrą grą bo widać jakie mam ogromne możliwośći!!! Choćby wczoraj 16pkt/7reb/1bs/2ba/3pf w 30 minut!!!

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)