Gdy pod Smoleńskiem samolot rozbija się w drobny mak, pasażerów na Wawelu chowamy, pomniki stawiać każemy, a w rocznicę programów rozgrywkowych emitować nie pozwalamy. Kiedy wieloletni kapitan narodowej kadry kończy owocną karierę, nie tylko nie potrafimy z szacunkiem go pożegnać, ale z wielką łaską pozwalamy mu na odtańczenie ostatniego tanga.
Celowo użyłem porównania do naszej najnowszej tragedii, co to przez kolejne pokolenia doskonałym wytłumaczeniem dla zagubionych, drepczących w miejscu Polaków będzie. Rocznicowe obchody wiele dały mi jednak do myślenia. Z jednej strony historię swą szanujemy, pamięć o niej pielęgnujemy, z drugiej jednak upamiętniamy w odpowiedni sposób tylko wydarzenia tragiczne. Wolimy klęski, a nie triumfy. Jak płakać to z rozpaczy, a nie ze szczęścia.
Z jednej strony potrafimy w odpowiedni sposób uczcić pamięć wielkich Polaków dowódców, mężów stanu, myślicieli i artystów, z drugiej jednak kompletnie nie umiemy wziąć się za honorowe podziękowanie sportowcom, którzy – nierzadko – mają wielki wpływ na narodowe poczucie dumy poruszając resztki patriotyzmu w sercach pokoleń.
Niestosowne zakończenie reprezentacyjnej kariery przez Michała Żewłakowa na nowo jakby uświadomiło mi, że ludzie działający w polskim sporcie za nic mają sobie wartości niematerialne – pamięć, historię, tradycję, osiągnięcia. „Żewłak” harował przez kolejne lata, uzbierał w reprezentacji Polski 102 występy, był filarem naszej defensywny na największych światowych imprezach, a mimo tego na godne pożegnanie z biało-czerwoną koszulką liczyć nie mógł.
Po części to wina Franciszka Smudy, któremu butny piłkarz z pewnością „nie leżał”, po części zaważyły również i inne aspekty (pozaboiskowe). Skoro jednak Smuda nie chciał pozwolić zasłużonemu kadrowiczowi na godne odejście, na ostatnie „zagarnięcie” trawy z orzełkiem na piersi w sposób należyty (bo wymuszone 60 minut w sparingu z Grecją takim nie było), mogli to zrobić członkowie PZPN-u. Mogli i powinni. Nie zrobili, bo taka niestety ostatnimi laty przykra moda panuje.
Przykład piłkarski to tylko jeden z wielu – czubek góry lodowej. Gdy jeden z najlepszych polskich koszykarzy ostatnich dwudziestu lat, legenda Śląska Wrocław Maciej Zieliński oświadczył, że kończy karierę (w ogóle, a nie tylko w reprezentacji), nie doczekał się bidula pożegnalnego meczu. Wyszedł na parkiet w meczu ligowym, zagrał, zszedł, wlazł pod prysznic, pojechał do domu. Jak gdyby nigdy nic. Tylko on wiedział, że butów do basketu więcej już nie założy. A przez indolencję ludzi, którym powinno zależeć na tym, aby pożegnało go w należyty sposób jak najwięcej kibiców najbardziej, nic z tego nie wyszło.
Albo to, co opowiada w tej chwili prezes PZPS-u o Michale Winiarskim. Że skoro odmówił (ze względów zdrowotnych!) występów w rozgrywkach Ligi Światowej, to trener Anastasi za swojej kadencji już go do kadry siatkarzy nie powoła… A Winiarski przecież ostoją naszej reprezentacji był przez lata, grał w niej pomimo kontuzji, wychodził na boisko będąc na specjalistycznych blokadach cierpiąc z powodu przepukliny pleców… Zasłużył sobie na takie traktowanie? Czyż nie po to sportowcy wylewają z siebie siódme poty, by w wyjątkowych przypadkach móc liczyć na taryfę ulgową, specjalne traktowanie?
Uważam, że swą heroiczną postawą ani Winiarski, ani Żewłakow nie zasłużyli na to, aby ich traktować jak przedmioty. Żeby ich traktować jak jednych z wielu – jeśli nie oni, to inni – zupełnie tak, jakby piłka nożna i siatkówka w Polsce rzeczywiście miały talentów sportowych na pęczki i mogły sobie pozwalać na wybredne wybieranie. Smuda oczywiście będzie tłumaczył, że na miejsce Żewłakowa ma lepszych, młodszych kandydatów – wszyscy jednak wiemy, że to nieprawda, i tak jak omijanie przy powołaniach Boruca, tak i pominięcie doświadczonego obrońcy jest nierozsądne.
Przykro mi jak na to wszystko patrzę. Czytałem wywiad z Żewłakowem próbując sobie wyobrazić jak się musi czuć. Poświęcił kadrze tyle czasu, a na „stare lata” ta podziękowała mu w taki sposób – trochę tak jakby zerwać sms-em…
Targają mną podobne odczucia, gdy widzę, kiedy klubowe legendy sprzed kilkudziesięciu lat muszą po latach reprezentowania danej instytucji, błagać teraz o bilety na wydarzenia sportowe. Tak było podczas tegorocznego Turnieju o Puchar Śląska Wrocław we wrocławskiej Hali Orbita. Pierwsze rzędy okupowali uśmiechający się panowie w garniturkach, którzy przyszli się „pokazać”, natomiast Mieczysław Łopatka nie mógł znaleźć sobie miejsca… Podobnie jak Jerzy Świątek, Marian Czajkowski i inni zasłużeni dla wrocławskiego klubu.
W Stanach pod kopułą hal (przynajmniej w lidze NBA) wiszą nie tylko koszulki legend-zawodników, lecz coraz częściej także koszulki legend-sprawozdawców czy komentatorów. Przed obiektami stawiane są ich pomniki, a byłe gwiazdy mają dożywotni wstęp na mecze „swojego” klubu za darmo. Podczas ważniejszych imprez (jak Mecz Gwiazd) zawsze zasiadają w jury konkursów, wręczają nagrody, wychodzą na parkiet – bez przerwy są żywi, przypomina się ich sylwetki w kółko powtarzając jak wiele przed laty uczynili. Kto zasiada w jury konkursu wsadów polskiego Meczu Gwiazd? Prezes, prezydent, komisarz plus ewentualnie dwóch zawodników (jak to miało – dzięki Bogu! – miejsce w tym roku).
Nie potrafimy ani uszanować, ani docenić sportowych postaci historii. Nie potrafimy im nawet za życia należycie podziękować. Kiedy umrą, zaniesiemy za to na grób znicze i kupimy kwiatki – w tym jesteśmy dobrzy.
Podobne Rzeczy:
- Gregory Summer, Peter Broom i Waldi Saturday, czyli Polacy po angielsku
Gdy tłumacz przekładający na język polski tegoroczną galę rozdania Oscarów powiedział, że za chwilę na scenie pojawi się Mikołaj Klatka,... - Podzielony Wrocław
Tak jak Kraków rozdarty jest na fanów Wisły i Cracovii, Warszawa na Polonii i Legii, a Łódź ŁKS-u i Widzewa,... - Kalendarium betonowego Franza
440 dni pozostały do inauguracyjnego meczu Euro 2012. Za nami już 443 doby pontyfikatu Franciszka Smudy. Tyle za nami, ile...
Otagowane jako: Franciszek Smuda, historia, Maciej Zieliński, Michał Winiarski, Michał Żewłakow, reprezentacja, Śląsk Wrocław




smutna prawda
Nie tylko w NBA i nie tylko w Stanach honoruje się odchodzących zawodników. Tzw. retired numbers to norma niemal wszystkich rozgrywek w USA, ale i na przykład każdej szanującej się ligi hokejowej w Europie. Zresztą jest to na pewno wynalazek NHL lub MLB.