Gdy Robert Kubica jeździł jeszcze w zespole BMW Sauber, w polskim światku pokrzywdzonych panowało przekonanie, że w ekipie kierowanej przez naszych zachodnich sąsiadów Polak prędzej zdobędzie Koronę Świata, niż tytuł mistrza cyklu Grand Prix. I bynajmniej nie ze względu na mało konkurencyjny bolid, a bardziej na skomplikowaną przeszłość Polaków i Niemców, o której najwyraźniej nie da się zapomnieć.
Modne w środowisku internautów dowcipy powoli zaczęły przebijać się „na zewnątrz”, można było je już nie tylko przeczytać, ale i usłyszeć. – Ile pit-stopów musi zrobić Kubica w trakcie wyścigu? – Tyle, żeby nie stanął na podium. Albo dlaczego Kubica jeździ tak szybko? – Bo chce zdążyć do mety zanim jego mechanicy popełnią kolejne błędy…
Nie na rękę był nam – Polakom – fakt, że jedyny w stawce kierowców Formuły 1 Polak, reprezentuje barwy akurat ekipy szwajcarsko-niemieckiej. Mimo, że za Kubicę usilnie trzymaliśmy kciuki, odnosiłem wrażenie, że koledze z jego teamu Nickowi Heidfeldowi – gdybyśmy tylko byli w stanie – na każdym zakręcie podrzucalibyśmy wiadro gwoździ, kontener z butelkami od szampana, wylewali litry kujawskiego, wystawiali na tor cysternę albo tabun pikietujących gejów i lesbijek. Byleby mu jakoś przeszkodzić.
Wewnętrzna rywalizacja między kierowcami z pewnością była (jak w każdym zespole), lecz Polacy – głównie ze względu na narodowości bohaterów – podnosili ją do rangi II wojny światowej. Pamiętne zwycięstwo Kubicy na torze w Montrealu pożaru nie ugasiło – przecież Polak ostatnie kółka musiał pokonywać „prędkością kwalifikacyjną” tak, aby nie wyprzedził go właśnie Heidfeld…
Kubica odszedł do Renault, gdzie w poprzednim sezonie w końcu był główną postacią zespołu, niepodważalnym liderem ekipy, podczas gdy Heidfeld został w dołującym Sauberze. Polacy pomyśleli – sprawiedliwości w końcu stało się zadość… Nie minęło jednak kilka miesięcy, a los ponownie zaśmiał się nam w twarz. Jak wszyscy wiemy, w samochodzie Lotus Renault ciężko kontuzjowane Kubicę zastąpił jeszcze przed początkiem tego sezonu nie kto inny, jak uwielbiany przez Polaków Niemiec…
I choć Polsatowi przez wypadnięcie ze stawki Kubicy ubyło ponad milion widzów, nie można powiedzieć, że są to osoby przypadkowe, kibice nieświadomi (lub nieuświadomieni). Teraz każdy w Polsce, kto zasiada na weekendowe zmagania F1 kibicuje wszystkim, tylko nie temu jednemu, co to niby na znak pokoju śmiał nakleić sobie na kasku biało-czerwoną flagę, aby dobić nas totalnie. Żebyśmy przypadkiem nie zapomnieli KOGO, w samochodzie zdolnym do zajmowania w wyścigach czołowych lokat, Heidfeld zastąpił.
Wielokrotnie spotkałem się już z pytaniem, które najczęściej zadawane mi było na drugim miejscu, tuż po tym kto wygrał. Brzmiało ono – „a który był Heidfeld”? Zależność następująca: im niżej, tym reakcja mojego rozmówcy bardziej entuzjastyczna. Przez to, że w ekipie Renault jest także Witalij Pietrow, doszło do tego, że na zasadzie wybierania mniejszego zła, Polacy zaczęli nagle kibicować Rosjaninowi – bo przecież, mimo wszystko, komuś z „polskiego” obozu życzyć dobrze trzeba… ROSJANINOWI!!! – powiedzcie to kibicom siatkówki…
A jak jest z wami? Czy rzeczywiście życzycie Heidfeldowi jak najgorzej, bo „ograbił” naszego z miejsca w solidnym bolidzie? Czy myśleliście sobie choć raz – przeklęte Renault, nie miało kogo znaleźć na miejsce Kubicy, tylko tego przeklętego Niemca, z którym przecież Polakowi nigdy nie było po drodze…?
Otagowane jako: BMW Sauber, F1, Formuła 1, Lotus Renault, Nick Heidfeld, Renault, Robert Kubica, Witalij Pietrow



