Polski okręt bez sternika

Napisane 22 kwietnia, 2011 przez shla w Europa & Koszykówka

130 dni pozostało do otwarcia mistrzostw Europy koszykarzy na Litwie. Na EuroBasket 2011 tylnymi drzwiami – otworzonymi rzekomo przez dobrego wałbrzyskiego kumpla Longina Rosiaka, którego na szczęście w naszym baskecie już nie ma – dostała się także reprezentacja biało-czerwonych. Na zajęcie dobrego miejsca, przy prawdopodobnej absencji Marcina Gortata, nie ma co liczyć. Dodatkowo szanse Polaków drastycznie spadają każdego kolejnego dnia, bo Związek nie może znaleźć kadrze trenera.

A mieliśmy być po udanych, jak to określił ówczesny prezes PZKosz-a, mistrzostwach organizowanych u siebie, łakomym kąskiem dla fachowców z najwyższej europejskiej półki. Że skończyło się na Igorze Griszczuku – czyli trenerze niedoświadczonym, zachowawczym i taniutkim jak barszcz (co samo w sobie już przeczyło finansowemu samozachwytowi Romana Ludwiczuka) wiedzą wszyscy.

Mamy w kadrze pierwszopiątkowego zawodnika ciągle aktualnego mistrza Hiszpanii (Davida Logana), mamy czołowego podkoszowego zaplecza Euroligi (Macieja Lampe), mamy efektownego strzelca porządnej ekipy ligi tureckiej, który nierzadko rzuca więcej punktów od klubowego kolegi Allena Iversona (Michała Ignerskiego), mamy w końcu Marcina Gortata – jedną z rewelacji (nie bójmy się używać tego słowa) zakończonego niedawno sezonu regularnego NBA. Wydawać by się zatem mogło, że personalnie do szczęścia brakuje nam naprawdę wcale nie tak wiele, a przynajmniej niewięcej, aniżeli innym zespołom chodzącym w naszej wadze.

Tymczasem jak nikt nas nie chciał przed związkowymi wyborami, przez które znalezienie coacha męskiej reprezentacji odwlekane było w nieskończoność, tak nikt nas nie chce i po wyborach, które zakończyły się już ponad dwa miesiące temu. Sytuacja do złudzenia przypomina zatem tę zeszłoroczną, kiedy to Roman Ludwiczuk przekładał ostateczny termin podania nazwiska szczęśliwca mogącego pracować z naszą kadrą tak często, że nieraz sam w rachunkach tych się gubił.

Ostatnia informacja, która wyszła z PZKosz-a odnośnie wyboru selekcjonera reprezentacji w tym roku, mówiła o tym, że ten zostanie wyłoniony najpóźniej do 31 kwietnia. Zostało zatem 9 dni, z czego najbliższe trzy poświęcone będę zapewne święceniu jajek, gotowaniu kiełbasy oraz napełnianiu wiader z wodą. Zapewne również przez prezesostwo, które rodzinę przecież ma i podczas świąt pracować nie lubi – bo przecież w niedzielę nawet Pan Bóg odpoczywał.

Nie sądzę zatem, aby Grzegorz Bachański i jego współpracownicy dotrzymali swojego deadlinu. Nauczony doświadczeniami zeszłorocznymi, już dawno na datę 31 kwietnia wziąłem sporych rozmiarów poprawkę – wszak dobrze jest wścibskim pismakom raz na jakiś czas rzucić byle ochłapem – na kilka tygodni im wystarczy. W ten oto sposób prezes Bachański zapewnił sobie kilka tygodni medialnego spokoju i miał okazję porozumieć się z potencjalnymi kandydatami na intratne stanowisko.

Szkoda tylko, że nie zauważyłem, aby na koszykarskim rynku zabijano się o posadę coacha Polski. Nie chcę okazać się złym prorokiem i twierdzić, że zamiast zagranicznego selekcjonera z prawdziwego zdarzenia, który i na wielkich imprezach brał udział, i z wielkimi koszykarzami w przeszłości już pracował, ponownie przyjdzie nam patrzeć jak z kadrą „użerać się” będzie trener z PLK (zapewne nie Polak), lecz wszystko wskazuje na to, że to całkiem realny scenariusz.

Bo mało kto chce się podejmować pracy na kilka lat – a ponoć władze Polskiego Związku Koszykówki szukają (i słusznie) osoby na dłużej niż tylko jedną imprezę. Mało kto będzie chyba chciał zaryzykować prowadzenie zespołu, którego kształt może przypominać pierwszego naleśnika, który nigdy nie wychodzi. Bo pod nieobecność Gortata, pewnie i Ignerskiego, kogoś z dwójki Kelati-Logan, może także Lampego albo Koszarka, którzy przebąkują o odpoczynku, reprezentacja będzie prezentować się marnie – takie są niestety fakty.

Jeśli na EuroBaskecie na Litwie miałoby zabraknąć podstawowych zawodników biało-czerwonych, opcja trenera pracującego w TBL (Tomas Pacesas?, Karlis Muiznieks?) wydaje się nawet bardziej optymalną. Nie wyobrażam sobie, że na dwa miesiące przed poważną imprezą coach z najwyższej europejskiej półki miałby czas na poznawanie Łukasza Majewskiego, Adama Waczyńskiego czy Adama Hrycaniuka, o których pewnie nigdy nie słyszał. Z drugiej jednak strony, czy jeśli Związek zatrudni coacha „bez nazwiska”, to definitywnie nie pozbawi się szans na ściągnięcie na zgrupowania czołowych Polaków występujących zagranicą?

Jest już tak późno, że na dobrą sprawę żadne rozwiązanie, zatrudnienie choćby Phila Jacksona, ma marne szanse powodzenia – a tym byłby awans do drugiej rundy turnieju (gdzie awansują tylko trzy teamy z sześciu). Zresztą już dawno napisałem, że Polacy na Litwę nie jadą po wynik, a na tylko na wakacje.

Podobne Rzeczy:

  • Wakacje w Poniewieżu
    Maciej Lampe w Teatrze Lalek na wozie, Marcin Gortat na międzynarodowym sympozjum ceramiki, a Łukasz Koszarek na przejażdżce linią kolei...
  • Prowizorka w trzymaniu kciuków
    Skoki oglądam tylko i wyłącznie dla Małysza. Formułę 1 tylko i wyłącznie ze względu na Kubicę. Jazdę figurową na lodzie...
  • PZKosz nie PZPN – beton pękł
    Szczerze przyznam, że takiego obrotu spraw się nie spodziewałem. Owszem, miałem swojego faworyta, lecz im bliżej było ostatecznego rozstrzygnięcia, tym...
  • Lukrowane pączki, czyli Janka i Mirka popis w Orange Sport
    „Panowie, to ma być siłownia? To jakieś pieszczoty nie siłownia” – mówił w niedzielnym programie Orange Sport Janek, były prezes...
Share on Twitter
Share on Facebook

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)