Ruchy sześć stóp pod ziemię

Napisane 24 lutego, 2011 przez shla w Koszykówka & NBA

O przejściu Carmelo Anthony’ego do Nowego Jorku oraz ewentualnych szansach bicia się przez Knicks o mistrzostwo już pisałem. Wczorajszej nocy zaszło jednak w NBA więcej transferów z rodzaju „sztuka dla sztuki”.

Deron Williams zasilił szeregi New Jersey Nets w zamian za Devina Harrisa, Derricka Favoursa oraz pick w drafcie. O ile inwestycja w numer drugi ubiegłorocznego draftu to krok ku kompletnej przebudowie klubu z Utah (może okazać się strzałem w dziesiątkę, jak również kompletnym fiaskiem), o tyle ściągniecie zdecydowanie mniej niesfornego niż Williams Harrisa to pewniak, jak powitalny żart Karola Strasburgera. Nowy rozgrywający Jazz to były zawodnikiem pokroju All-Star, który po kontuzji jak na razie jednak nie wrócił (jeszcze?) na właściwe tory – poziom jednak zapewnia więcej niż solidny.

Odnoszę wrażenie, że Williams dla Nets ma chyba przede wszystkim spełniać rolę wabika na innych. Ściągnięcie pierwszej gwiazdy, ma spowodować zaistnienie w świadomości innych, cennych graczy ligi takiego miejsca do gry w zawodowy basket, jak omijane szerokim łukiem New Jersey – czyli Pruszków Warszawy czy Oława Wrocławia. Williams wyników ekipy Avery Johnsona w pojedynkę nie ma szans odmienić, tym bardziej, że w ostatnich tygodniach w Utah zamienił się ze strzelca rozdającego po 10 asyst w meczu, w rozgrywającego punktującego rzadko i odniosłem wrażenie niechętnie. Generalnie wymiana na plus zdecydowanie dla Utah, choć jak latem do New Jersey przyjdzie inna gwiazda, pewnie będziemy musieli wczorajszy transfer rozpatrywać w innych kategoriach.

Mike Bibby za Kirka Hinricha. To akurat ruch, który zarówno dla Atlanty, jak i Washingtonu bardzo się opłacał. Bibby będzie stanowił rolę mentora dla Johna Walla (już drugiego, po Samie Casselu będącym przecież asystentem trenera), wychodził z ławki, powoli kończył karierę mając satysfakcję dołożenia swojej cegiełki do rozwoju jednego z przyszłych czołowych rozgrywających tej ligi. Hinrich padł oczywiście ofiarą rewelacyjnej gry Nicka Younga. Jeden z nielicznych ligowych posiadaczy afro nafaszerował się po wymianie z udziałem Gilberta Arenasa szalejem stając w końcu zawodnikiem równy poziom trzymającym co wieczór, a nie tylko od święta.

Nie rozumiem natomiast kompletnie ruchu Cleveland Cavaliers, którzy oddali Mo Williams oraz Jamario Moona za Barona Davisa. Davis to brodaty dziadek poruszający się po parkiecie swoim szanownym, bardzo niskopodwoziowym zadem, który takiego okresu jak w Golden State nigdy już mieć nie będzie. Nie dlatego, że by nie mógł (wszak ma 31 lat), lecz dlatego, że mu się nie chce. Podejrzewam, iż może chciałoby mu się przerzucić z diety cud (jem ile wlezie i jeśli schudnę, to będzie cud) na niskowęglowodanową tylko w przypadku przejścia do ekipy z aspiracjami mistrzowskimi, a nie z zakodowanym instynktem ludzi pierwotnych – przetrwania. Cavaliers na ten ruch zdecydowali się tylko i wyłącznie dlatego, aby niedługo „zejść” z kontraktu Davisa – i to można zrozumieć. Co zrobili Clippers – nie mam pojęcia. Najwyraźniej liczą na to, że Blake Griffin ma w sobie coś innego z LeBrona Jemesa niż tylko twarde bicepsy – umiejętność mobilizowania kolegów z drużyny, wpływanie na ich lepszą grę. Jak na razie nie jesteśmy jednak w stanie tego sprawdzić. Ciekawe tylko, czy Mo Williams będzie potrafił podawać w kontrze do Griffina oraz DeAndre Jordana tak, jak Davis…

Ostatni, najmniej zrozumiały transfer poczyniono w Nowym Orleanie. Monty Williams ślepo wierzy, iż jego zespół jest w stanie odegrać w play-offach poważniejszą rolę z jednym rasowym strzelcem, w dodatku bardzo średnim. Hornets bez mrugnięcia okiem pozbyli się zdolnego, atletycznego drugoroczniaka Marcusa Thorntona, który wchodząc z ławki rezerwowych zwykle na parkiecie wywoływał wiatr, pozostając jedynie z chimerycznym marko Belinellim (oraz Willie Green’em, w którego najwyraźniej bardzo wierzą). W zamian pozyskali z Sacramento niewykorzystywanego Carla Landry, czyli przyszłego zmiennika dla Davida Westa (jaka szkoda, że mniejsze role będą teraz odgrywać moi „ulubieńcy” z NBA, czyli zdecydowanie jedni z najgorszych i najmniej utalentowanych zawodników w lidze – Aaron Gray oraz Jason Smith). Dziwię się zatem Hornets, nie dziwię się w ogóle Sacramento, które cierpi na problem podkoszowego bogactwa (nie to, że ma wielu świetnych podkoszowych, ma wielu młodych, nieźle rokujących podkoszowych) i potrzebowało strzelby. Thornton klasyczną dwururką nie jest, ale jak potrząśniesz, to ze śruta miotnie.

Wymiany wczorajsze nocy, w kilku przypadkach, były zatem siłową próbą poprawy czegoś, co nie było zepsute. Niniejszym kwiaty z kondolencjami składam na ręce dyrektora wykonawczego klubu z Nowego Orleanu Della Dempsa, który dokonał już w tym sezonie drugiego, „wielkiego” transferu. Pierwszym było ściągnięcie Jarreta Jacka. Hornets, Bóg z Wami.

Podobne Rzeczy:

  • Emigracja na Wschód
    Polacy do pracy wyjeżdżają do Niemiec, Holandii, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii a nawet do zachodnio-północnej Norwegii – generalnie jak za pieniądzem,...
  • Stoudemire vs. Jefferson
    Obaj do NBA trafili prosto ze szkoły średniej – i to chyba jedyna, oprócz koloru skóry – rzecz, którą wspólnie...
  • Co NAPRAWDĘ znaczą nazwy klubów NBA?
    Ileż razy spotykamy się z Magikami z Orlando, Świetlistymi Smugami z Portland czy Postrzygaczami z Los Angeles? Niewiele osób potrafi...
  • Po mistrzostwo wysoko sięgającymi ramionami
    Jeśli ktoś w dalszym ciągu uważa, że powtarzana do znudzenia przez wszystkich koszykarskich ekspertów w Stanach fizyczna dominacja, przewaga wzrostu...
Share on Twitter
Share on Facebook

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)