Ostatnio oglądałam wyrywkowo skoki. N. patrzył na mnie podejrzliwie, aż w końcu odezwał się:
- eej, ty to teraz pewnie mnie obserwujesz wnikliwie, żeby potem mnie obsmarować!
- nie, no co ty kochanie, ja ?!, w życiu! – wybiłam mu ochoczo z głowy.
Chcąc zaczerpnąć niezbędnej wiedzy od mojej Alfy i Omegi zapytałam:
- co to właściwie jest? To znaczy, co tutaj można wygrać? To jakieś mistrzostwa, puchar czegoś tam, co to jest? – tak właśnie, jakoś nie mogąc sobie usystematyzować tych wszystkich zawodów w skakaniu (dopiero co z trudem przyswoiłam sobie zasady panujące w Formule 1, więc na litość boską – i tak jestem wielka) chciałam koniecznie wiedzieć po co ci panowie ryzykują własnym życiem.
- chyba kryształową kulę – odparł N.
- nie, no co ty! – kryształowa kulę to można wygrać pląsając w Tańcu z gwiazdami (vel dupami, jak to niektórzy zwą) i to nawet ja wiem, chociaż nie mogę się pochwalić specjalnie dużą Pudelkową wiedzą.
W końcu wspólnymi siłami doszliśmy do konsensusu, iż zdobyczą jest tutaj statuetka w ramach zawodów pucharu świata.
Ponieważ jest to subiektywny blog, a ja na sporcie się nie znam, poza tym, co sama próbuję uskuteczniać we własnym życiu, pozwolę sobie na bezramowe grafomaństwo.
Oglądane w TV skoki przywodzą mi na myśl lekcje fizyki w liceum.
Otóż dowiedziałam się na tych lekcjach, iż taka skocznia, tj. jej dolny próg jest odchylona od poziomu, w dół o 11 st. Byłam totalnie zaskoczona, bo wydawało mi się, że aby wybić się krewko do góry, to trzeba wyhuziać się po zadartej krzywej. No nic tam, w każdym razie liczyliśmy dziarsko trajektorie lotów, miejsce wylądowania, długość szybowania, itd. – przy założeniach różnych kątów odchylenia progu. Badaliśmy co się stanie ze skoczkiem, kiedy próg będzie lustrzanym odbiciem 11st. względem poziomu 0,00 – czy skoczek rozplaska się i straci życie, czy odwiedzi niebo i już tam pozostanie. Oczywiście byliśmy wszyscy strasznymi głąbami – nikt nic nie wiedział (dodam, że większość z nas skończyła jako inżynierowie, więc strzeżcie się ludzie!). Jeden z kolegów chował się notorycznie pod laboratoryjną drewnianą ławką, a ja z koleżanką, z kolei, w pierwszej ławce, byłyśmy nieomal niewidziane i uskuteczniałyśmy pisanie pornodialogów z udziałem naszych kolegów i koleżanek z klasy w jej zeszycie od fizyki (do dzisiaj mam pokserowane te dramatyczne inscenizacje). Zawsze wychodziło na to, że pomimo 100% frekwencji na zajęciach, nie miał kto odpowiadać, bo wszyscy gdzieś w cudowny, magiczny sposób, znikali.
A wracając do konkursu pokazanego w TV – osobiście odnoszę wrażenie, iż jest sport dla frustratów. Sam kształt tej skoczni i to, żeby dalej, wyżej…
No i te kombinezony – obcisłe, srebrne, błyszczące. I ci chłopcy – tacy wątli, chudzi, mali i nieopierzeni…Próżno szukać męskiego zarostu na ich gładkich, jak niemowlęce pupy, twarzach. Tacy niemęscy, pozbawieni testosteronu – to jakoś nie działa…what`s wrong with this picture?
Skacze Thomas Morgenstern – Poranna Gwiazda (?) – kurcze, lepszego trans-psuedonimu bym nie wymyśliła. Czad!
I tak oglądając tych cudnej piękności niemieckich i austriackich skoczków, przypomniał mi się Szpindel (Szpindlerowy Młyn) w końcówce lat 90-tych.
Działo się tam tyle różnych historii, że aż strach się bać (przygoda, przygoda każdej chwili szkoda).
Tenże kurort był pieczołowicie oblegany przez junge deutsche Menschen aus Frankfurt an der Oder (śmiem wątpić, że ja to poprawnie napisałam). Chłopcy wyglądali wypisz wymaluj, jak ci skoczkowie. W ramach procesu stawania się mężczyzną, młodzi niemieccy narciarze odwiedzali tłumnie przybytek zwany Dolską. Dolska to było coś! 3 kondygnacyjny budynek o dosyć niewyszukanej architekturze i marnym uposażeniu (wijące się ciągi kanap pokrytych kwiecistym materiałem w kolorze brązowej kupy), siermiężnej stylistyce bordowych pluszowych kotar i zielonych obrusów. Do Dolskiej przylegał także dom publiczny, do którego można było wejść z pierwszego piętra, na końcu ostatniej sali, przez żelazną kratę. Gdzie dzisiaj, w tej naszej poprawnej rzeczywistości, takie uciechy? Zazdroszczę Czechom wszechobecnego ateizmu.
Hitami przewodnimi dyskoteki Dolska były utwory Modern Talking oraz Boney – M. Co to były za cudowne, lekkie, rozkoszne i błogie czasy.
Na ostatnim piętrze tej instytucji znajdowały się liczne stoły bilardowe oraz stoły do gry w piłkarzyki. Poza tymi urządzeniami – taram, taram – były tam również rurki do tańca erotycznego, a kelnerki (wow!) chodziły topless, tylko w spódniczkach i czarnych fartuszkach z białą koronką. W międzyczasie, bowiem panie występowały na tychże rurach. Kto tam wtedy nie był, niech żałuje! Potem Dolska przeszła generalny remont i otrzymała drugie życie (śmiem wątpić, że lepsze) w postaci pastelowego różu i oficjalnej sprzedaży lodów (tych z mleka!) na parterze. Nie ma jak dobra czeska zmarzlina. Cóż to był za „fatal error”. Gdzie ci niemieccy chłopcy mieli od teraz dojrzewać i nabierać wprawy w pewnych ważnych życiowych zadaniach? Czy czescy planiści w ogóle pomyśleli o nich?
W każdym bądź razie, zawsze po takiej pełnej wrażeń nocy, następował dzień. Kaca nie było, bo to góry, ale raczej trudno jest orzec, iż ktokolwiek wyglądał kwitnąco, a przecież Szpindel to był wtedy lans! Ale jak tu wyglądać jak milion dolarów, jak się całą noc imprezowało? Człowiek ledwo był się w stanie doczołgać do tego ski-arealu, a co dopiero dobrze wyglądać. No, ale cóż, trzeba było trzymać fason, gdyż można było spotkać następnego dnia na stoku – adoratorkę lub adoratora z ubiegłej nocy. W tym celu obficie używało się wielkiej, oczoj…j, złotej biżuterii oraz super modnych pastelowych kombinezonów. Nie trzeba było dobrze jeździć na nartach, w zasadzie można było cały dzień pić pod wyciągiem i po prostu trwać w sportowej postawie.
W tych czasach jeszcze nie mieliśmy Adama Małysza, a fascynowanie się skokami narciarskimi było niszowe. W tamtym okresie jedyne skoki jakie wprawiały mnie w zdumienie i podziw, to były skoki nastolatków z wyciągu kanapy, w połowie jej biegu, którą się wjeżdżało na czarną trasę w Szpindlu. Byłam tym oczarowana.
A Kamil Stoch wydaje mi się być super sympatycznym gościem. Takim normalnym. Cieszę się, że chłopak się przełamał. Świetnie, że zna dwa języki – angielski i niemiecki, w końcu nie ma wstydu. Super.
Jak wspominałam, nie znam się na sporcie, dlatego też pociskam ww. farmazony i skaczę z tematu na temat. Sama się w tym gubię.
Jeszcze raz – brawa dla Kamila!
Podobne Rzeczy:
- Wielka ściema w Planicy
Nasz wielki skoczek, Adam Małysz został dzisiaj poważnie skrzywdzony. Wiem że niecelowo, że w dobrej wierze, ale jednak skrzywdzony i... - „Ołowiane Usta”
Idąc za przykładem większości redakcji tworzących przeróżne rankingi podsumowujące miniony rok, postanowiłem ułożyć własny. Skoro radiowa „Trójka” przyznaje „Srebrne Usta”... - Oglądanie Małysza BEZ Małysza
Gdybym tylko nie miał zarostu jak stuletnia mysz sami wiecie, w którym miejscu, i gdyby tylko zarost ten po kilku...




