Sparta klęczy i całuje gości w Myszkę

Napisane 26 kwietnia, 2011 przez shla w Żużel

Mój tegoroczny debiut na Stadionie Olimpijskim był jak niedogotowane jajko – rozlazły i niesmaczny. Do tego, że panowie zasiadający za kierownicami polewaczki i traktora są za nazbyt liberalne interpretowanie swoich obowiązków całkowicie bezkarni, na przestrzeni ostatnich lat zdążyłem się już przyzwyczaić. Do tego, że Sparta dostaje od przyjezdnych – tak zawodników, jak i kibiców – sromotne lanie, nie przywyknę chyba nigdy.

Choć chyba tylko niepoprawni optymiści snuli wizje efektownego (przypominającego to sprzed dwóch tygodni) zwycięstwa nad ekipą z Zielonej Góry, liczyłem na widowisko wyrównane, pełne sportowej walki i efektownych mijanek, które kończyłyby się podwójnym zwycięstwem gospodarzy od lat wieńczonym ulubionym, nieśmiertelnym wręcz kawałkiem miejscowego dj’a „Ole, Ole, Ole, Ole, we are the champs, we are the champs” (po kilku piwach wersja nieco się zmienia – na „Łi gary cze”.

Tego jednak nie przyszło mi  doświadczyć – czekanie na podwójne zwycięstwo Sparty było jak zalegalizowanie w Polsce małżeństw homoseksualnych – niemożliwe. Z kilku powodów. Po pierwsze zawodnicy Falubazu (pewnie odpowiednio poinstruowani przez swojego coacha, przez lata związanego z Wrocławiem Marka Cieślaka) genialnie radzili sobie na pierwszym łuku. Pierwszym łuku, który przez całe lata (także za czasów jazdy Piotra Barona, który nagle zdawał się jakby zapomnieć o charakterystyce toru na Olimpijskim) był wielkim atutem gospodarzy – w końcu to właśnie na nim „ukryta” jest od wielu lat „dziura”, której się nie „łata”, i o której zwykle wiedzą tylko gospodarze.

Tymczasem to goście lepiej radzili sobie na pierwszych metrach, głównie ze względu na sprzęt, jakim dysponowali przez całe spotkanie miejscowi. Falubaz przyjechał do Wrocławia z zapakowanymi na pace maszynami żużlowymi, podczas gdy Sparta spokojniutko, pomalutku, nie spiesząc się na hulajnogach wyjechała… I to tych z przeceny, które dodaje się w supermarketach za darmo – przy zakupie szczypiorku. Cztery defekty, większość na punktowanych pozycjach – czegoś takiego nie pamiętam.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu byłem świadkiem jak zwykli ludzie nieprzebywający w kościele, masowo, prawie że jednocześnie wykonują znak krzyża, mimo tego, że nikt im tego nie kazał, w pobliżu nie było kaczek, samolotów, zniczy ani kwiatów. I nie był to przypadek odosobniony, bo takich momentów zbiorowej modlitwy było podczas starcia z Falubazem piętnaście. Przed każdym wyjazdem „naszych” z parku maszyn…

Tego popołudnia w ogóle wszystko co mogło pójść nie po myśli wrocławskiego kibica, obróciło się właśnie w tę – nieodpowiednią – stronę. Sparta przegrała sromotnie, nie zipnęła ani przez moment. Nabuzowani najwierniejsi wrocławscy kibice spod wieży, głośni również byli tylko do pewnego momentu. A konkretnie do czasu, gdy sędzia zawodów nakazał równanie toru już po drugim biegu. Równanie trwało dokładnie 30 minut i przypominało fryzury uczestników „szubidu You Can Dance”. Po mozolnym, półgodzinnym, wałkowaniu toru na „sucho”, ten zaczął przypominać beton, po którym z powodzeniem można by się ścigać bolidami Formuły 1, a nie maszynami żużlowymi. A co dopiero hulajnogami…

Podejrzewam, że niewyglądający specjalnie na myślicieli panowie dorabiający sobie za kółkiem rozmaitych maszyn ulepszających nawierzchnię, przyzwyczajeni do preparowania toru przez Marka Cieślaka w latach ubiegłych, i tym razem po prostu go posłuchali robiąc dokładnie to, czego jego drużyna potrzebowała. Problem w tym, że Cieślak od tego sezonu już we Wrocławiu nie pracuje… Może następnym razem ktoś pofatyguje się do kolegów z traktorów i polewaczek i wytłumaczy im czyim atutem ma być, przygotowywana po części również przez nich, nawierzchnia. No i walkie-talkie również by im się przydało, bo widok schodzącego z zaparkowanej na środku stadionu maszyny kierowcy, który pędzi 300 metrów do kolegi zapytać się tylko czy ma fajki, to widok mało profesjonalny. Nie miał, i ten wracał z pustymi rękami, na głodzie…

Podczas najdłuższej żużlowej przerwy w swoim życiu, wybrałem się po trunki. Po drodze spotkałem kolegę, który wyznał mi, że na meczu żużlowym jest po raz pierwszy w życiu – a ma 26 lat i mieszka 500 metrów od stadionu – ryk silników czy przyśpiewki kibiców słyszy zatem nawet przez zamknięte okna. „Fajnie” – pomyślałem. Sparta zyskała nowego kibica, ziarnko do ziarnka i takie tam. Gdy po dziesiątym biegu Betard przegrywał 19:40, a pierwsi kibice, którzy zapłacili spore pieniądze za bilety, zaczęli opuszczać stadion, zreflektowałem się – to najpewniej był pierwszy i OSTATNI mecz żużlowy mojego kolegi.

Widowisko stało na tak zaawansowanym poziomie, co ekranowe ekscesy braci Mroczek. Mam nadzieję, że osób, które swe stopy na Olimpijskim postawiły po raz pierwszy, więcej nie było. Po tym co by zobaczyły, z pewnością podzieliłyby pogląd tych, którzy nie potrafią zrozumieć jak można się podniecać czterema kurduplami w kaskach, jeżdżącymi ciągle w tę samą stronę…

Podobne Rzeczy:

  • Psychologia kupowania karnetu
    Perspektywa wrocławska. Ekipa Piotra Barona, trenera tylko z nazwy, bo bez uprawnień, który najprawdopodobniej by kierować zespołem, będzie musiał „posiłkować...
  • Polska kontra Europa
    Afery tłumikowej ciąg dalszy. Tym, którzy nie orientują się w temacie, nakreślam – polscy żużlowcy – m.in. Tomasz Gollob, Jarosław...
  • Głośno i śmierdząco tylko u nas…
    Uparty ten nasz nowo mianowany mistrz świata jak cholera. Zamiast starać się za wszelką cenę zaoszczędzić kilka złotych (w porównaniu...
Share on Twitter
Share on Facebook

1 komentarz do “Sparta klęczy i całuje gości w Myszkę”

  1. piotr pisze:

    Przebieg prac na torze odbywał się na polecenie i pod nadzorem sędziego zawodów – Marek Cieslak nie miał tu nic do powiedzenia, choć na pewno zna ten tor lepiej od obecnych wrocławskich specjalistów od brony. A za przygotowanie toru w taki, a nie inny sposób, odpowiedzialny jest „trener” Baron wraz z toromistrzem, którzy spędzili na tym cały weekend. Całe to (zupełnie zbędne) zamieszanie pewnie skończy się jeszcze karą finansową dla Sparty. Szkoda tych kombinacji, bo tylko widowisko ucierpiało, ludzie się zniechęcili, wizerunek WTS ucierpiał a mecz w końcu i tak był nie do wygrania.

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)