Srebrno-Złota Justyna Kowalczyk

Napisane 27 lutego, 2011 przez justka w Okiem Brunetki

Oglądałam wczoraj zmagania swojej imienniczki w Mistrzostwach Świata w narciarstwie klasycznym. Justyna Kowalczyk wytuptała srebro w biegu łączonym – 7,5 km techniką klasyczną i 7,5 km techniką dowolną. Pokonała ją naszprycowana Marit Bjoergen. I tutaj faktycznie, zgodzę się z N. – powinno się pozwalać sportowcom legalnie zażywać wszelkie dopalacze. Cóż to za sprawiedliwość, jeśli Norweżka wygrywa i najprawdopodobniej będzie już cały czas wygrywać, stosując leki na astmę?
Gdyby zalegalizować całą tą medyczną chemię, mielibyśmy zawody zespołowe, tak, jak to się odbywa w formule 1 – tj. zawodnik + zespół techników, którzy podkręcają samochody. I kogo tutaj obchodzi i kto się pochyla nad kwestią, który zespół ma większą kasę do władowania w nowy bolid?

Marit Bjoergen

Kto się przejmuje, że zespół, zespołowi podpier…a głównego inżyniera?
To samo mogłoby być i tutaj – zawodnik+zespół lekarzy i biochemików. I mielibyśmy zawody sportowe z dodatkiem wyścigu o lepszy dopalacz.
A tak poza tym – jestem za legalizacją wszelkich narkotyków, bo zakazany owoc smakuje najlepiej. Pozwólmy ludziom decydować o samych sobie, a sportowcom o tym, co w siebie ładują. To czy np. takiej Pani wyrosną wąsy, tak, jak to się działo z NRDowskimi sportsmenkami – to ich sprawa i ich wąsy.

Niemieckie pływaczki

A, że lubię się odwoływać do własnych doświadczeń, pozwolę sobie na nutę refleksji odnośnie nauk, które jako nastolatka pobierałam w zakresie jeżdżenia na nartach oraz biegania i czego tam jeszcze.

Z nieopisanym rozrzewnieniem wspominam mój ostatni, siódmy obóz treningowy z PTTKiem w czeskim Pecu.
Stacjonowaliśmy, my grupa 40 dziewczyn z burzą hormonalną + kilku niedojrzałych chłopców, na szczycie góry, w dużym przybytku Praska Bouda. Mieliśmy za opiekunów i instruktorów starszego Pana ze sztuczną ręką, Panią z dojmującym problemem alkoholowym oraz dwóch młodych Panów Instruktorów.
Kristin OttoCodziennie rano w mojej dziewczęcej 12 osobowej grupie, stawałyśmy w rządku naprzeciwko naszego młodego Pana Instruktora (którego każda z nas pożerała i rozbierała w wyobraźni), przyjmując „pozycję narciarza” (pochylone do przodu, o ciut bliżej do obiektu pożądania).
Uczyłyśmy się różnych rodzajów skrętów, a to obciążając nartę dolną, a to górną, itd. Uczyłyśmy się także podjeżdżania i podbiegania na nartach, co przyznam, kompletnie mi nie wychodziło i dlatego to, co wyprawia ta nasza polska oszołomka, budzi mój podziw. Do tej pory nie potrafię jeździć po płaskim terenie łyżwą – jestem sama dla siebie ogromnym zagrożeniem – plączą mi się narty.
Po takim pracowitym dniu trzeba się było umyć. Nie zapomnę, jak grupa koleżanek, postanowiła pomóc w tym jednemu z naszych nielicznych chłopców. Skończyło się to próbą samobójczą, po tym jak nieszczęśnik usłyszał, cytuję „że ma dziwny kolor”. Chłopak, wziął się rozpędził i nago wyskoczył przez okno z pokoju owych dziewczyn. Na szczęście było to tylko drugie piętro, skoczył w wielką kupę śniegu i jakoś przeżył.

Niemiecka SztafetaNiestety były tez dni zastoju w naszej edukacji. Otóż kapryśna pogoda spłatała nam figla i przez 3 dni była straszna zawierucha. Cóż to był za dramat. Proszę sobie tylko wyobrazić 40 dziewczyn z burzą hormonalną, w zamkniętym, zabitym deskami ośrodku przez tak długi czas, bez możliwości spożytkowania buzującej energii.
Nasi cudowni, młodzi instruktorzy chwilę przed burzą śniegową, wybrali się na dół, „na dziewczynki” i zostałyśmy same bez nich. Potem, kiedy już powrócili, okazało się, że muszą zapłacić za zdewastowanie drzwi wejściowych, które, przypominam, były zabite gwoźdźmi, i które oni musieli wyważyć, aby dostać się do środka.
Nam pozostało „zajęcie się sobą”.
Z nudów ograbiliśmy cały barek ośrodka. Poza tym graliśmy niestrudzenie, przez wiele godzin w bilarda, gdzie kolega stracił przednią jedynkę, po tym jak stanąwszy na stole, potknął się o swój kij i wyrżnął w szklankę z niedozwolonym alkoholem.
Moja przyjaciółka została zamknięta w dolnej barowej szafce. Niestety cierpiała na klaustrofobię, więc, jak już została uwolniona, była w takim zamroczeniu psychicznym, iż nie mogła się rozprostować i wyjść stamtąd.
Poza tym jedna z dziewczyn postanowiła opanować do perfekcji sztukę zjeżdżania po drewnianej poręczy reprezentacyjnych schodów ośrodka. Skończyło się to przeleceniem przez dwie kondygnacje duszą schodów (na szczęście alkohol na tyle rozluźnił jej członki ciała, iż o dziwo, nic sobie nie zrobiła).

Kiedy już zawierucha minęła, byliśmy ogromnie szczęśliwi móc znowu dziarsko pobierać nauki, zostaliśmy wybawieni od samych siebie.
I tylko czekałyśmy, my dziewczyny, co wieczór, aż nasi cudowni Instruktorzy zrobią nam „lotnika”, dlatego specjalnie nie sprzątałyśmy w pokojach i cierpliwie, z wytęsknieniem czekałyśmy na naszych lotników, ale Ci nigdy nie przybyli (chociaż nam to tak często, kurcze, obiecywali). Chyba się nas po prostu bali, chyba wiedzieli, że po takim lądowaniu, zostaliby po prostu porozrywani na strzępy – bo jak tu podzielić dwóch na 40 dziewczyn?

Ach, cóż to były za czasy, żadne dopalacze nie były potrzebne, w zasadzie każdy wtedy posiadał nadwyżkę energii i był sam dla siebie trochę niebezpieczny.

Share on Twitter
Share on Facebook

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)