Symbol niedoceniony

Napisane 18 czerwca, 2011 przez matt w Piłka Nożna

Przeżył ze Śląskiem ponad dekadę. Pomnika przed stadionem na razie się nie doczekał, ale kto wie czy nie jest to tylko kwestią czasu. Od wrocławskiego klubu nie odwrócił się nawet w najtrudniejszym dla niego momencie, czyli spadku do III ligi.

Radość wrocławian po strzeleniu bramki

Chyba nikt nie sądził, że ścieżkę Dariusza Sztylki z wrocławskim Śląskiem tak trudno będzie, wraz z upływem czasu, rozdzielić.  Nie ma teraz w ekipie Oresta Lenczyka zawodnika o takiej skali szacunku wśród kibiców jaką cieszy się właśnie Sztylka. Statusu nietykalności defensywnego pomocnika wrocławian nie próbowali nawet podważać kolejni szkoleniowcy pracujący przy Oporowskiej. Ba, dla większości z nich to Sztylka właśnie był kluczowym elementem boiskowej układanki. W minionym sezonie, w którym Śląsk zagwarantował sobie start w rundach eliminacyjnych Ligi Europejskiej, nie mogło być inaczej.

Wielu za ojca tego sukcesu uważa kapitana wrocławskiej ekipy, Sebastiana Milę. Gdyby zapytać pospolitego Kowalskiego przechadzającego się po tutejszym Rynku o to, komu oprócz jasnowłosego zawodnika zawdzięczamy zdobycie wicemistrzostwa Polski, odpowiedź z pewnością brzmiałaby Przemysław Kaźmierczak lub Marian Kelemen. Cała wyżej wspomniana trójka dała Śląskowi więcej niż się po nich spodziewano, jednak odnoszę wrażenie, iż wielu rozczarowująca forma z początku rozgrywek tak Mili, jak i Kaźmierczaka nieco w zakamarkach pamięci umyka. Doskonale pamiętam moment, w którym Śląsk wraz Cracovią trzymali się kurczowo za rączki okupując wspólnie strefę spadkową…

Dariusz Sztylka

Po licznych zawirowaniach z trenerem Tarasiewiczem, w końcu na Oporowskiej zameldował się trener Lenczyk. Jedną z pierwszych decyzji nestora było przywrócenie do podstawowego składu Dariusza Sztylki. I to właśnie ten ruch zadecydował o tym, że „Roger” i „Kaz” rozwinęli swe skrzydła. Sztylka wprowadził do gry Śląska umiarkowany spokój, a także zdecydowanie odciążył Kaźmierczaka z części zadań defensywnych. Otworzyło to  wrocławianom mnóstwo drzwi w ataku, ponieważ były gracz Porto z dużą częstotliwością i takiż samym powodzeniem włączał się w ofensywne akcje swojego teamu.

Dariusz Sztylka to bohater drugiego planu. Przez wielu nie do końca doceniany. Jego niewiarygodna boiskowa przenikliwość  oraz umiejętne czytanie gry często umykały skupionej na graczach z piłką szerszej publiczności, która przecież gloryfikuje zwykle zawodnika stawiającego kropkę nad „i”, a nie tego, który wypracował podbramkową sytuację. Chciałbym, aby „Sztyla” był ceniony przez fanów nie tylko za swój długoletni staż i dozgonną chęć reprezentowania naszych barw. Pragnąłbym im otworzyć oczy na elementy, bez których wcześniej wywołany „bohater –strzelec gola” nie miałby nawet okazji do powąchania pola karnego. Wszak wszystko przecież ma swe źródło w destrukcji. A tej  królem jest Sztylka właśnie.

Symbol Śląska w akcji

Po ostatnim meczu minionego sezonu z gdyńską Arką, kapitan wrocławian zapowiedział koniec kariery. Jednak po dłuższej refleksji oraz rozmowie z żoną i trenerem zdecydował, że barw Śląska będzie bronił jeszcze przez rok. Obok komentarzy wypełnionych radością, pojawiły się jednak również takie, które nieco mnie bolały. Niektórzy twierdzili bowiem, że Sztylka popełnia błąd, ponieważ wycofuje się z decyzji, którą podjął w idealnym dla siebie momencie. Mógł opuścić zespół w chwili chwały i nie dać szansy zapaskudzenia swojego image’u w kolejnym roku gry (jakby z góry zakładali, że więcej Śląskowi „ugrać” się nie da). Mógł pójść w ślady Radosława Sobolewskiego, który zaraz po historycznym awansie na Euro 2008 zrezygnował z występów w kadrze kwitując to ledwie jednym zdaniem: „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”.  Jak trudno było z decyzją  gracza „Białej Gwiazdy” polemizować (a próbował nawet sam Leo Benhakker), tak nie ma co dyskutować o tym, co postanowił Sztylka.

Nie sposób mu się dziwić, wszak wrocławianin przebył ze Śląskiem drogę przez mękę. Uczestniczył w bitwach na III-ligowych pastwiskach, był świadkiem spotkań, gdy na Oporowskiej zasiadał niecały tysiąc najwierniejszych fanów. Mimo tego dalej brał się pracy ciągnąc ten zielono-biało-czerwony wózeczek.

Jego wędrówka była bogata tak w sromotne i bolesne klęski, jak i chwile niezapomniane i przepełnione radością. Jak ten, gdy ubrał koszulkę z napisem „To nie czary, Wrocław ma puchary”. Nikomu innemu te puchary nie należą się bardziej, niż Dariuszowi Sztylce.

Podobne Rzeczy:

  • Deja vu Lenczyka?
    Jest tak niewygodnym trenerem dla działaczy swego klubu, jak reprezentacja Niemiec dla polskich piłkarzy.  Nie lubi kompromisów ani buntu, a...
  • Lenczyk na prezydenta
    Podczas gdy w ostatnich wyborach samorządowych w stolicy Dolnego Śląska trwała niepotrzebna, mało merytoryczna plakatowa kopanina (bo to formacja rządząca...
  • Szczęśliwa trzynastka, parszywa osiemdziesiąta szósta
    To będzie bardzo subiektywny wpis. Pewnie nie spodoba się fanom z wielkopolskiego, założę się także, że – z zasady –...
  • Śląska kroczek na przekór polskości
    Od zarania dziejów polskie drużyny, które zapewniają sobie start w europejskich pucharach robią wszystko, by sukces sportowy natychmiast obrócił się...
Share on Twitter
Share on Facebook

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)