To będzie bardzo subiektywny wpis. Pewnie nie spodoba się fanom z wielkopolskiego, założę się także, że – z zasady – nie przypadnie do gustu także i tym z mazowieckiego. Piłkarski Śląsk Wrocław pany – od kiedy go oglądam, nie tylko zaskakuje mnie składnym i sensownym kopaniem futbolówki, lecz także w końcu osiąga również satysfakcjonujące wyniki.
Bo choć przed meczem z mistrzami Polski ekipa Oresta Lenczyka miała na swoim koncie dwanaście kolejnych meczów bez porażki, to ja w żadnym wypadku nie spodziewałem się wywiezienia z Bułgarskiej choćby punktu… I właśnie tego argumentu użyłem podczas rozmowy z dzielnicową ekipą, która obawiała się samochodowego wyjazdu na mecz do Poznania, ze względu na DW-owskie rejestracje, które ponoć zwykle prowokują cierpiących na chorobę filipińską kibiców ziemniaczanego raju…
Ja natomiast, będąc przekonanym, że Śląsk w końcu z Lechem polegnie (również dlatego, że wierzę w przesądy, a miało to być przecież TRZYNASTE kolejne starcie bez przegranej) głęboko i nawinie wierzyłem, że szczęśliwym po efektownej wygranej swoich ulubieńców fanom Kolejorza najzwyczajniej w świecie szkoda będzie biednych przyjezdnych z Wrocka. Że ich samochody łaskawie oszczędzą. Parafrazując klasyka: „Dałbym sobie za to rękę uciąć, i wiecie co? I bym teraz KURWA nie miał ręki”.
Bo Śląsk zagrał porywająco. Skutecznie i efektownie. Wiem oczywiście, ze prowadzenie objął dosyć szczęśliwie (gdyż „kosa” była ewidentnie przed polem karnym – minimalnie, ale jednak przed), lecz hartu ducha oraz przede wszystkim klasy jego trenerowi umniejszać nie wolno. Przegrywający 1:2 dla przerwy wrocławianie wyszli na drugie 45 minut jak naszprycowani. A znając metody wrocławskiego masażysty Jarka Szandrocho, wcale nie były to środki niedozwolone. Po raz kolejny ze swych oratorskich talentów skorzystał trener Lenczyk, któremu Rafał Dutkiewicz (prezydent Wrocławia) powolutku powinien klucz do bram miasta szykować.
Dolnoślązacy orali to wymieniane po stokroć poznańskie kartoflisko (gra słów zupełnie niezamierzona…) aż miło było patrzeć. Nie tylko potrafili wygrać drugą połowę meczu z wielkim Lechem na JEGO stadionie i przy ogłaszającym dopingu JEGO kibiców, lecz mieli nawet okazję na sprawienie wielkiej niespodzianki – zgarnięcie całej puli! Bo wygranie na takim terenie – nawet biorąc pod uwagę imponującą serię Śląska – musiałoby za takową uchodzić. Wszak Lech wygrał u siebie cztery z ostatnich pięciu meczów…
Była osiemdziesiąta szósta minuta, kiedy w jednej akcji rozpędzonych wrocławskich piłkarzy zatrzymywali nie gracze poznańskiego Lecha, a dwa białe i wyjątkowo „nieruchawe” słupki – zastopowały najpierw Łukasza Madeja, później Waldiego Saturdaya. Gdyby tak piłka poleciała kilka centymetrów w drugą stronę, Śląsk byłby w tabeli przed Lechem a ja poleciałbym pewnie z kolegami w samogwałt…
Ale co by było gdyby nie ma przecież większego sensu. Ekstraklasa zrobiła nam się po pierwszej części tej kolejki równa jak nowa grzywka Weroniki Książkiewicz, a Śląsk i Lech w dalszym ciągu mają tyle samo punktów i… tylko dwa oczka dzielą wrocławian od europejskich pucharów.
Podobne Rzeczy:
- Lenczyk na prezydenta
Podczas gdy w ostatnich wyborach samorządowych w stolicy Dolnego Śląska trwała niepotrzebna, mało merytoryczna plakatowa kopanina (bo to formacja rządząca... - Złudna wiara Lecha w pampersy
Już witali się Lechici z gąską. Ta jednak, po rozdziawieniu swej słodkiej paszczy, okazała się dwunożnym, gęgającym mutantem, który po... - Podzielony Wrocław
Tak jak Kraków rozdarty jest na fanów Wisły i Cracovii, Warszawa na Polonii i Legii, a Łódź ŁKS-u i Widzewa,... - Deja vu Lenczyka?
Jest tak niewygodnym trenerem dla działaczy swego klubu, jak reprezentacja Niemiec dla polskich piłkarzy. Nie lubi kompromisów ani buntu, a...




Kosa może i była przed polem karnym, ale ciągnięcie za koszulkę już za linią.
Obejrzyjcie powtórki dokładnie.