Umarł Q, niech żyje król!

Napisane 18 maja, 2011 przez shla w Koszykówka & Polska

Aleksander Wielki zdobył Persję, Collin Farrel serce Alicjii Bachledy-Curuś, a Torey Thomas całą Tauron Basket Ligę. I to w jeden sezon! W niesamowitym piątym meczu tegorocznego finału dodatkowo opanował Gdynię, no i ściągnął skalp Qyntela Woodsa, który przy amerykańskim rozgrywającym Turowa wyglądał jak Oscar Pistorius przy Usainie Bolcie.

Z piłką Torey Thomas, z prawej Qyntel Woods, foto: Grzegorz Bereziuk

Nie chcę pisać o Turowie jako drużynie – już raz to zrobiłem. Zgorzelczanie zaskakują, radzą sobie w niewygodnych jak pytania Moniki Olejnik okolicznościach, walczą, nie poddają się, widać, że stanowią jedność. Ale od mistrzowskiego tytułu – choć dzieli ich już tylko jedno zwycięstwo, a kolejny mecz przecież w nieklimatyzowanym „kurniku” – tak blisko, lecz wciąż tak daleko… Turów jeszcze nigdy – nawet w 2008 roku, gdy prowadził z Prokomem 2:0 – nie był (jak teraz) o milimetry wręcz od upragnionego złota. No ale w ostatnich latach mistrz Polski nie był tak słaby i bezradny, jak w tym sezonie. Jakkolwiek by się te finały nie skończyły Turów, a przede wszystkim ciągle otrzymujący powątpiewające spojrzenia Jacek Winnicki, już mogą czuć jego zwycięzcami. Mimo kontuzji drugiego strzelca zespołu Marko Brkicia już doprowadzili przynajmniej do meczu numer siedem, czego chyba nikt (w tym ja) się przed startem tego finału nie spodziewał.

Oglądałem piąty mecz uważnie przyglądając się pojedynkowi dwóch wyjątkowych graczy. Byłego MVP ligi oraz najbardziej wartościowego zawodnika finałów PLK Qyntela Woodsa oraz tegorocznego najlepszego zawodnika ekstraklasy Toreya Thomasa. Pierwszy praktycznie przez cały okres pobytu w Gdyni jest bez formy, dokuczają mu przewlekłe urazy. Wygląda jakby po perypetiach z początku sezonu całkowicie zeszło z niego powietrze albo poważnie zachorowały mu psy, do których przecież ma taką słabość… Gra jakby rzeczywiście odliczał tylko czas do comiesięcznej pensji albo powrotu do Stanów (na swoim facebooku napisał kiedyś, że uwielbia dzień wypłaty, bo może pójść do sklepu i kupić sobie Rolexa, innym razem podzielił się myślą o tym, iż ma nadzieję, że Prokom zakończy serię z Turowem w czterech meczach, bo jak najszybciej chciałby być już w domu).

Ostatni mecz finałów idealnie pokazał to, o czym pisałem już kilka miesięcy temu. Że Prokom to w tym roku ekipa nieodbiegająca poziomem sportowym od pozostałych. Dowodem czego było posiłkowanie się w tak istotnym starciu koszykarzem bez formy, koszykarzem nie grającym w obronie, koszykarzem-zagadką – Woodsem właśnie. Tomas Pacesas był w tak patowej sytuacji, że musiał postawić wszystko na jedną kartę. Ze składu wypadł mu Witka, więc do pierwszej piątki wstawił Szubargę, ale na „trójce” postawił na Woodsa. Ten choć grał agresywnie, był nieskuteczny w końcówce i podejmował szalone decyzje – ale czego można było się spodziewać po kimś, kto w całym sezonie rozegrał ledwie 11 meczów, w każdym będąc na boisku średnio ledwie przez 10 minut? Manewr z Woodsem był desperacją totalną. Dowodem na brak pomysłów Pacesasa, całkowitą niemoc pozostałych zawodników, z Danielem Ewingiem i Ratko Vardą (a może Radkiem? – z pozdrowieniami dla Piotra Sobczyńskiego i Mirosława Noculaka…) na czele.

Prawdziwy MVP, foto: Grzegorz Bereziuk

Podczas, gdy Torey Thomas robił rzeczy niesłychane. Pisałem już kiedyś o tym, że przy talencie jaki posiada Qyntel Woods – poprzedni MVP ligi – ofiarowanie tego wyróżnienia komuś o poziomie talentu Thomasa, to jak przesiadka z helikoptera do furmanki. Amerykanin rzuca paskudnie, a jego wejścia pod basket również kończone są klasycznym wypchnięciem kulomiota, a nie płynnym, finezyjnym, naturalnym rzutem. Thomas nie jest „talenciakiem”, a wielkim pracusiem. Dlatego m.in. za to co robi w tym sezonie należy mu się szacunek podwójny.

Ten mecz był nawet lepszym w jego wykonaniu, niż starcie numer dwa finałów, gdy rzucił Prokomowi 31 punktów. Tym razem było ich o wiele mniej (17), lecz jego popis z dogrywki na długo pozostanie w mojej pamięci. Po tym co dziś zobaczyłem, jestem pewien, że nie ma w polskiej lidze zawodnika, który by miał większe jaja od Toreya Thomasa. Nie ma i dawno nie było. A najlepsze jest to, że rozgrywający Turowa nie musi po kolejnych uciszających publiczność trafieniach z dystansu biec w stronę swojej ławki rezerwowych wirtualnie trzymając się za ciężkie, opuchnięte jądra (a’la Andre Iguodala czy Eddie House), a wszyscy i tak wiedzą, kto jest panem i władcą parkietu, kto jest w tej chwili najlepszym zawodnikiem całej ekstraklasy.

Umarł Q, niech żyje król. I niech pozostanie w PLK jak najdłużej.

Podobne Rzeczy:

  • Po gwieździe na zespół
    Choć sezon zasadniczy dobiegł końca i wiadomo już, które zespoły będą biły się o medale, w dalszym ciągu nie zostały...
  • Bojkot MVP
    Sezon PLK dobiega końca. Liderami po pierwszej rundzie będą albo Asseco Prokom Gdynia albo PGE Turów Zgorzelec. Jak co roku...
  • Powrót do przeszłości
    W przygranicznym mieście przed tegorocznym sezonem zaprezentowano filozofię mocno asekuracyjną. Wbrew strategii, do której na przestrzeni kilku ostatnich lat kibice...
  • Ile kosztuje złoto?
    Oprócz wyniku 88:79 dającego w wielkim finale PLK pomiędzy Asseco Prokomem a PGE Turowem prowadzenie w serii 1:0 obrońcom tytułu...
Share on Twitter
Share on Facebook

Dodaj komentarz

Przepisz wyrazy z obrazka (jeżeli jest nieczytelny można go przeładować)